Fragment:
"Mój drogi, jestem winien ci wyjaśnienie.
Hendrik zaczął jak Unt w „Rzeczach w nocy”, lecz nie pisał do kobiety, a do wnuka i wszystko, poza tym początkiem było inne.
Czy pamiętasz przedwiośnie 1990? Na pewno pamiętasz. W swej starczej sklerotyczności i naiwności nie śmiem łudzić się, że zapomniałeś ten marzec, gdy, pomimo śniegu wciąż zalegającego w Tallinnie, wybraliśmy się na Paljassaare. Na sam koniec półwyspu. Tam, gdzie latem czuć duszący zapach schnących wodorostów, a w wodzie leżą jasne głazy narzutowe.
Heldur pamięta jak wysiedli z autobusu na ostatnim przystanku przy rzadko rozsianych, blokach, i wzdłuż płotu ruszyli na północ. Śnieg na ulicy był brudny i brzydki w szarym świetle wciąż nie dość długiego dnia. Zaczął się marzec, nauczycielka w szkole powiedziała im, czym jest równonoc i że niebawem zacznie się astronomiczna wiosna. Heldur pamięta, że mówiła to patrząc z odrazą za okno. Pamięta, że przyjechała niedawno, z republiki kazachskiej, bo jej męża przeniesiono w nagrodę do pięknego Tallinna, ale ona nie cierpiała estońskiej zimy – długiej, ciemnej i mroźniej. Zapamiętał też, że wiosna jest tuż, tuż, tylko gdzie?
Rozbryzgując śniegową breję minęli betonowy falochron, wgryzający się w lód zatoki, i weszli do lasu. Szli ścieżką pomiędzy niskimi drzewami w milczeniu, zziębnięci i zasłuchani w ciszę, dopóki nie dotarli na koniec Vaike-Paljassaare, gdzie zwężający się szczyt półwyspu nie był już ziemią, a mniejszymi i większymi kamieniami, łukiem wcinającymi się w zatokę pełną podobnych głazów."

Przeczytaj:
Wersja elektroniczna na stronie okolicastrachu.pl (link bezpośrednio do pliku PDF)




Fragment:
"
Tego popołudnia, podobnie jak poprzedniego, madame Bransque usiadła przy toaletce i przez chwilę przypatrywała się swemu odbiciu. Wyglądała niepięknie. Nie było co się oszukiwać, że jest inaczej. Pod oczami znaczyły się cienie, które przypominały o bezsennych nocach spędzonych na nasłuchiwaniu. Same oczy wydawały się bardziej mętne niż powinny. Usta zaczęły pierzchnąć, a jeszcze tego ranka, powodowana obawami, przypadkiem sama przegryzła cienką skórę. Ludwik niczego nie zauważył, ale to nie poprawiało humoru madame. Jej małżonek w ostatnich dniach niewiele rzeczy w domu zauważał. Zbyt był zajęty przyjmowaniem gości, interesami i wyjściami na spotkania, o których nic jej nie mówił. Powtarzał tylko, że wojna z Austrią, to dla nich szansa i że ona, Alice, ma nie zrobić niczego głupiego, a najlepiej niech nie opuszcza domu. Jakby w ogóle przeszło jej to przez myśl!
Odwróciła spojrzenie od lustra i z szufladki wyciągnęła arkusz papieru. Tak jak poprzedniego dnia zaczęła pisać na nim list rozpoczynając od słów najdroższy mój przyjacielu. Punkt czwarta zadzwoniła po Francine. Wysoki dźwięk dzwoneczka noszonego przez panią domu przedostał się za drzwi i dogonił pannę pokojową na półpiętrze domu przy Rue de Cherche Midi pomiędzy przedmieściem świętego Germana a świętego Michała, lecz świętych tu teraz raczej nie było."
Przeczytaj:
Wersja elektroniczna na stronie magazynhisteria.pl (link bezpośrednio do pliku PDF) — inne formaty dostępne na stronie

Hop, na górę! ↑