O grafomanii, szczęśliwych zakończeniach i pisarskim życiu – kawiarniana rozmowa z Anną Hrycyszyn

O grafomanii, szczęśliwych zakończeniach i pisarskim życiu – kawiarniana rozmowa z Anną Hrycyszyn
I tak dalej... podkast

 
 
00:00 / 31:19
 
1X
 

Wymarzyłam sobie przeprowadzanie wywiadów jak rozmów. Nie odpowiadanie na z góry przygotowane pytania, a coś organicznego, coś jak spotkania autorskie, gdzie temat płynie, i dlatego chciałam, aby to była rozmowa nagrana w cichej kawiarni, gdzieś w krótkiej wolnej chwili w piątek przed Śląskimi Dniami Fantastyki lub w sobotę, w ich czasie. Ale ŚDF-y się nie odbyły. Wiele rzeczy się nie odbyło, a ja i Anna musiałyśmy nauczyć się jak nagrać możliwie najlepiej każdą z nas (co nie wyszło nam idealnie, kilku rzeczy nie dopilnowałam, cóż, dostałam lekcję i następnym razem będzie lepiej). Finalnie spotkałyśmy się na hangoucie i tam porozmawiałyśmy o tym, kim jest grafoman, o pisaniu dla siebie, myśleniu o czytelnikach i układaniu sobie życia.

Poniżej znajduje się transkrypcja tej rozmowy z poprawionymi tu i ówdzie miejscami, gdzie myśli pędziły szybciej niż słowa i któraś z nas nieco się zakałapućkała, gdzie w mowie pomieszały się końcówki. Dzięki temu jest to wszystko bardziej poprawne językowo i łatwiejsze w czytaniu.

Jednak nagranie, ze wszystkimi pomyłkami, przejęzyczeniami i miejscami na dłuższy oddech ma swój urok i jeśli macie czas i możliwość posłuchać, to ja bym to zrobiła. 😉

Wersja do posłuchania, ale z napisami

Wersja tekstowa

Pomysł na odbycie tej rozmowy pojawił się jeszcze zimą. Chciałam spotkać się twarzą w twarz w spokojnym miejscu przy kawie i ciastku może przy okazji Śląskich Dni Fantastyki. Rzeczywistość kazała mi zrewidować te plany. Świat wstrzymał oddech, konwent nie odbył się w marcu, nie było mowy o spotkaniu się – cóż, czasami tak bywa. Pomysł jednak pozostał, ot kawiarnię zmieniłyśmy na komunikator internetowy, a kawę każda zrobiła sobie sama. Co się nie zmieniło, to to, że porozmawiałyśmy. Ja i Anna Hrycyszyn, pisarka fantastyki, ale nie tylko, należąca do Hardej Hordy, udzielająca się w Śląskim klubie fantastyki, sama siebie nazywająca czasami grafomanem z odzysku.

Marta: Czasami nazywasz siebie grafomanem z odzysku. Grafoman jest słowem nacechowanym, słowo z odzysku również jest nacechowane, co znaczy, dla mnie, że musi wiązać się z tym jakaś historia, żeby człowiek sam z siebie tak się nazywał, więc: dlaczego?

Anna: Z odzysku, to dlatego że zaczęłam późno. Zaczęłam późno pisać, a dużo wcześniej, jeszcze w liceum i potem na studiach obiecywałam sobie, że kiedyś zostanę pisarką. Ale nie robiłam niczego w tym kierunku, bo zawsze mi się to wydawało nie do przejścia. Za dużo rzeczy. Za dużo rzeczy trzeba ogarnąć. Nie jestem typem człowieka piszącego notatki, więc byłam przerażona, że będę musiała pisać te notatki i bez tego się nie da pisać, a ja nie potrafię sobie poradzić. Wydawało mi się. Wydawało mi się, że jak ja zacznę takie notatki pisać, to powinnam jakby mieć od początku do końca wszystko.

Cała procedura pisania była dla mnie po prostu makabrycznie ciężka. Więc oczywiście się do tego nie zabierałam. Aż w pewnym momencie skończyłam trzydzieści trzy lata i stwierdziłam, że no dobra, to teraz. I początek – początek był dokładnie grafomański.

Dla mnie, ja zawsze jak czytam sobie to słowo, widzę je, kojarzy mi się ono z drugim określeniem: mania pisania. Po prostu pisanie z pasją. Pisanie, którego nie da się przerwać. Pisanie z ogromną radością. To dla mnie jest grafoman. Wiem, że to słowo znaczy co innego. W słowniku przeczytamy inną jego definicję, ale w sumie mało mnie to obchodzi. Ja lubię to słowo.

Marta: I jak spróbowałaś wtedy, w wieku trzydziestu trzech lat, pisać, znalazłaś tę radość i pasję w tym?

Anna: Właśnie tak. Tak mi się pisało na początku, kiedy kompletnie nie przejmowałam się tym, że ktoś miałby to czytać. Zaczęłam od pisania bloga. Jak to na blogu miałam, nie wiem, trzech, może czterech w porywach czytelników. Jak zjawił się tam pierwszy krytyk, to napisał, że to wcale nie są wymyślane przez ciebie historie, ty opisujesz ludzi, którzy żyją dookoła ciebie i to w ogóle nie jest literatura.

Marta: Co mu odpisałaś?

Anna: Szczerze mówiąc nie pamiętam. Naprawdę nie pamiętam, a nie mogę tego sprawdzić, bo blogi Onetu umarły jakiś czas temu. W zawiązku z czym treści moje mam, pozbierane, ale komentarzy nie. Wydaje mi się, że się jakoś broniłam. Że teraz odpowiedziałabym zupełnie inaczej. Odpowiedziałabym, tak, właśnie tak, oczywiście, że czerpię z życia, bo na tym właśnie polega pisanie. Na tym właśnie polega pisanie. Na tym, że człowiek widzi i potrafi to, co widzi, przetworzyć. Potrafi z tego zrobić coś jeszcze. Broniłam się przed tamtym pytaniem traktowałam to tak jakby to był straszny zarzut i jakbym ja była winna. Ale oczywiście, że pisząc czerpałam z otaczającej mnie rzeczywistości.

Pamiętam pisałam wtedy opowiadanie, takie w odcinkach, które się wrzuca w określonym czasie, wrzucałam, uparłam się że raz na tydzień będzie odcinek, i napisałam opowiadanie, w którym jedną z głównych ról odgrywała moja sąsiadka, która mnie nie znosi, i bardzo dobrze się z tym czułam, że wpakowałam w nią bohaterów.

Marta: Umieszczenie tam… Jedno to przetworzenie rzeczywistości, tego co się widzi. Czy umieszczenie tam sąsiadki, gdzieś wzorowanie się na ludziach, było formą po prostu czerpania inspiracji, czy może też jakiegoś odreagowania rzeczywistości, terapii na tę rzeczywistość. Dla ciebie wtedy. Czy czułaś się jako osoba grająca w SIMS–y, która zabiera drabinkę?

Anna: Może odrobinkę, ale przede wszystkim jak te rzeczy, które się wydarzały, te scysje z sąsiadką opisywałam potem w opowiadaniu, wplatałam to w opowiadanie, to one przestały być takie groźne. Zaczynały być po prostu śmieszne, zabawne. Potrafiłam na nie spojrzeć inaczej. Potrafiłam też wtedy pomyśleć o tym skąd w niej się to bierze i dlaczego, i jaki kawałek jest jej racji.

To takie trochę przerabianie. Jakby przepracowywanie tego, co się dzieje w prawdziwym życiu.

Marta: Czyli to pisanie wtedy bardziej właśnie było taką terapią, radzeniem sobie, niż na przykład tak jak wiele osób przyznaje, że pisanie jest odskocznią od rzeczywistości.

Anna: No troszkę tak. Dla mnie to są te dwie rzeczy. Znaczy obydwie rzeczy mogą działać terapeutycznie. I odskocznia od rzeczywistości. Pisanie jako odskocznia od rzeczywistości. Rzeczywistość, no… często jest ponura.

Marta: No coś o tym wiemy.

Anna: I kiedy mogę pisać, mogę pisać tak, jak ja chcę. Mogę, nawet jeśli wpakuję bohaterów w coś niebezpiecznego, mogę im pomóc z tego wyjść. To jest w pisaniu super.

Marta: Jakbym mogła jeszcze wrócić do wcześniejszej rzeczy, jednej, odnośnie, bo bardzo płynnie przeszło, a jednej rzeczy jestem bardzo ciekawa, odnośnie jeszcze twojego bycia grafomanem z odzysku, czyli późnego startu i tych wszystkich obaw, że trzeba planować i tak dalej. Pisanie u ciebie pojawiło się późno, to oznacza, że miałaś już pewien wyrobiony rytm dzienny, sposób życia i tak dalej, i nagle trzeba było rozepchać to wszystko jakoś, żeby znaleźć czas na pisanie. Trudne to było, łatwe?

Anna: Chyba bardziej dla mojego męża niż dla mnie, w tamtym pierwszym momencie, bo ja to po prostu robiłam. On natomiast jakby musiał się znaleźć w nowej sytuacji, w której cały mój wolny czas nie był wspólnym z nim czasem. Bo wcześniej tak było, że my dzieliliśmy zainteresowania, dzielimy je dalej, tylko że ja oprócz tych dawnych zainteresowań mam jeszcze jedno – pisanie. On nie. On w to miejsce musiał coś sobie znaleźć, bo zwyczajnie nie był do tego przyzwyczajony, że nagle jedna osoba z duetu działa sama. Ja pytam go czasem o różne rzeczy, on mi podpowiada. Są sprawy techniczne, sprawy militarne, które są jego pasją, o których on wie znacznie więcej. Jak nawet nie zna odpowiedzi bezpośredniej na moje pytanie, to wie, gdzie poszukać, wie, gdzie mnie pokierować. I to jest OK, ale to jest mało. On nie chce czytać tego, co ja piszę. Zastanawiam się czy w obawie przed tym, że znajdzie tam siebie, czy raczej dlatego, że boi się, że nie spodoba mu się i będzie musiał to powiedzieć. Albo będzie musiał kłamać i nie będzie wiedział co wybrać. Woli chyba po prostu nie ryzykować. No sam mówi, że generalnie… No faktycznie tak jest, że on bardzo mało beletrystyki czyta. Fabuły. On czyta rzeczy bardziej popularnonaukowe, całkiem naukowe, które są napisane w sposób przenudny, ale on tam wynajduje perełki.

Marta: Jak to się mówi, nie jest targetem twojej prozy?

Anna: No nie ani trochę.

Marta: A twoja proza, tak jak już mówiłaś o tej ponurej rzeczywistości i tak dalej, to ty lubisz iść w dobre zakończenia.

Anna: Oczywiście. Lubię. Absolutnie się tego nie wstydzę. Chociaż był taki moment, że tak było.

Marta: A dlaczego?

Anna: Czułam, że skoro wszyscy dookoła mówią o robieniu krzywdy swoim bohaterom i że to jest takie fajne, i że też często czytelnicy doceniają trudne zakończenia jako prawdzie, no więc ja czułam się…

Mam taką tendencję do natychmiastowego uznawania, że wszyscy dookoła mają rację, a ja z pewnością nie mogę mieć racji. I że faktycznie w tym momencie wartościowa jest ta proza, która jest bliżej rzeczywistości, a więc jest często… no nie ma tego dobrego zakończenia.

Ale już przestałam. Mam swoją filozofię. Bardzo prostą, taką, że nie po to zanurzam się w świat fikcyjny, nie po to szukam odskoczni w tej fikcji, żeby ona mi za bardzo przypominała prawdziwe życie. Tak jestem zwolenniczką dobrych zakończeń. Nawet jeśli są cukierkowe, nawinie i właściwie nie wiadomo co dalej. W sumie nie bardzo mnie interesuje, co dalej. I jeśli nikt mi tego dalej nie napisze, no to… No to dla mnie zakończenie jest tu i teraz. Nie muszę rozkminiać jak oni sobie z całym tym różem, tęczą i puchactwem będą sobie radzili przez następne dwadzieścia siedem lat do śmierci.

Marta: Po prostu przekazujesz taką pozytywna iskierkę teraz, a co będzie to…

Anna: No tak. Dokładnie tak.

Marta: Jest po drugiej stronie okładki. A pisząc takie historie – mówimy o odskoczniach i tak dalej. Czy jak piszesz to piszesz tylko dla własnej satysfakcji, dla własnej radości – żeby ją znaleźć – czy myślisz dużo o osobach, które będą to czytały, czy gdzieś ci się to rozkłada pół na pół, czy zależy?

Anna: Właśnie jest tak, że kiedy zaczynam myśleć o osobach, które będą to czytały, to tak jakbym nakładała na siebie permanentną blokadę. Znaczy naprawdę permanentna to jest za duże słowo, ale naprawdę trudna do zdjęcia. Najlepiej pisało mi się w tych momentach, kiedy byłam przekonana, że nie podzielę się tekstem z nikim. Ewentualnie, kiedy czułam, że mogę sobie pozwolić na ten pozytywny, optymistyczny ton. Że jakby po prostu co innego gra pierwsze skrzypce w danym opowiadaniu… mówię o opowiadaniach, bo powieści to… do powieści jeszcze daleko u mnie, myślę. Dobrym przykładem jest opowiadanie, które właśnie jest w trakcie redakcji. Jest to powiadanie do antologii Tarnowskie Góry Fantastycznie. Tarnowskie Góry to moje rodzinne miasto. Ja pisząc to opowiadanie jakby położyłam główny nacisk na pokazanie klimatu miasta, w którym spędziłam dzieciństwo. Tego jak ja pamiętam mieszkanie w Tarnowskich Górach. I uznałam, że skoro jest to taka podróż w dzieciństwo, to… To mogę sobie pozwolić na zakończenie z dobrej bajki i nikt nie powinien mieć o to pretensji. I bardzo dobrze pisało mi się to opowiadanie. To… Wręcz… Poza jednym momentem, kiedy zgubiłam fabułę odrobinę, to znaczy może nie tyle fabułę, to brakowało czegoś na spięcie momentu, do którego doszłam z zakończeniem. Bardzo pomogła mi tu pomogła burza mózgów na spotkaniu wirtualnym sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. I potem, do końca również pisało mi się świetnie. Jak już przegryźliśmy się przez fabułę, przez to, w którym miejscu stanęłam. Przyjaciele z sekcji puścili reflektory w miejsca, w które ja bym nie poszła i jak mi je oświetlili, to pojawiły się natychmiast rozwiązania i pomysły i to, bardzo, bardzo przyjemnie mi się nad tym odpowiadaniem pracowało i mam nadzieję, że czytelnikom… no, że po prostu fajnie się przy nim poczują.

Marta: Czyli można powiedzieć, że przez większość tego tekstu pisanego w duchu sentymentu, wspomnień dzieciństwa trochę, znalazłaś tę manię pisania, o której mówiłaś wcześniej, która stoi za tym grafomanem. Mimo że trochę lat upłynęło od tamtego momentu, to to ciągle pozostaje.

Anna: Tak, to potrafi wrócić. Mimo tego, że jestem…

Marta: Teraz wiesz, że cię będą czytać.

Anna: Tak, teraz wiem, że mnie będą czytać. Ale, tak. Tak, są takie momenty, w których potrafi ta radość wrócić i ja generalnie mam bardzo ambitny plan, żeby się trzymać tego i pisać właśnie wtedy – kiedy czuję się z tym fajnie.

Przez jakiś czas po tym, jak została wydana powieść, którą napisałam, miałam to uczucie, że teraz mam obowiązek. Obwiązek, wobec czytelników. Nie wiem. Obowiązek, może wobec mojego męża, żeby ten czas, który przeznaczam na bycie z tekstem, a bez niego, jakoś się zwrócił. Absurdalne założenie.

I to mocno blokowało. Nie było radości pisania, tylko… no taka ciężka orka. Pamiętam jak, mimo że bardzo lubię Detektywa Fiksa i uważam, że to jest naprawdę dobre opowiadanie i jestem z niego dumna, to przyszedł moment, kiedy musiałam dopisać jedną z końcowych scen. Ja wiedziałam już oddając tekst redaktorce, że ona mi to powie, że tam trzeba to rozszerzyć, dopisać. I z tym fragmentem, który zajął dwie albo trzy strony maszynopisu, męczyłam się przez ponad miesiąc. Nie byłam w stanie tego napisać, zaciskałam zęby, gryzłam paznokcie i zdania absolutnie nie chciały się układać. To nie było fajne. Miałam po tym moment, kiedy stwierdziłam, że ja już chyba w ogóle nie chce tego robić, bo satysfakcja, po słowie koniec, która zawsze bardzo napędza, rozdmuchuje radość, unosi na banieczkach powietrza w górę całą mnie, to jest po prostu za mało.

Marta: Ale napisałaś jednak kolejny tekst, czyli gdzieś nad tym udało ci się przejść.

Anna: Tak. To zawsze jest ta walka. Bo przychodzi pomysł. Przychodzi myśl, że coś, gdzieś, że jest historia do opowiedzenia no i żadne głosy rozsądku i postanowienia nie utrzymują się.

Marta: I jednak piszesz.

Anna: To jest już chyba zaszczepione na stałe w człowieku jak zacznie. Trochę jak jakiś, nie wiem, narkotyk? Trudno zrobić odwyk.

Marta: Ciekawe porównanie. A wspominałaś o burzy mózgów na sekcji literackiej, czyli także o tym, że w twoim przypadku wychodzi, że jako pisarz nie jesteś samotną łódką na bezmiarze oceanu?

Anna: Ale że nie, zdecydowanie nie. W ogóle ja nie umiem tego ogarnąć, że można być.

To znaczy nie dociera do mnie to poetyckie określenie, ponieważ dla mnie pisarz nie istnieje bez czytelników. To nie jest pisarz. Ja dla siebie definiując pisarza mówię, że jest to człowiek, który pisze i chce być czytany. No więc już wyklucza to samotnictwo. To raz.

Dwa. Sama nie jestem w stanie swoich pomysłów, swoich rozwiązań obejrzeć przez różne pryzmaty. Ja jestem tylko jednym człowiekiem. Mam swój określony zbiór doświadczeń, Zbiór definicji, znaczeń, jakiś połączeń, tematów w głowie, z których mogę czerpać, ale to nadal jest tylko jeden człowiek. I dla mnie, niezbędne jest odbijanie tego co powstaje w mojej głowie od innych ludzi. Takich lusterek, które mi pokazują z innych kątów.

Marta: A co, jeżeli takie lusterko pokaże ci bardzo zniekształcony obraz tego, co chciałaś napisać? W sensie, ty będziesz to widziała w jakiś sposób, a lusterko powie ci zupełnie inną interpretację, która wręcz… W sensie, walczysz z tym? Jak próbujesz się odnieść do jak masz wtedy cały taki przekrój lusterek, jedno lusterko mówi jedno, drugie drugie, jesteś w gabinecie luster, a pomysł jest twój i…

Anna: A pomysł jest mój i to jest jakby, to jest jakby rdzeń i rzecz najważniejsza, i tego też musiałam się nauczyć. Bo na samym początku, kiedy odbijałam swoje pomysły na forach literackich, było tak że, jeśli ktokolwiek powiedział mi, że jakoś powinno być, to ja uznawałam, że z całą pewnością ja źle zrobiłam i wobec tego należy to poprawić. Po czym właśnie dotarło do mnie, że tych zdań może być przy dziesięciu czytelnikach dziesięć. A czasem nawet pojawiają się dwa dodatkowe, bo ktoś w międzyczasie, po dyskusji, zdanie lekko zmieni. I całą sztuką jest wyciągnięcie z tego morza odbić tych, które w moich oczach poprawiają to, co ja zrobiłam. Nie chodzi o to, żeby przyjmować każdą uwagę i starać się według niej postępować, bo się nie da. Bo można by tak naprawdę stworzyć w tym momencie potworka z tego całkiem zgrabnego tworu, który już gdzieś istnieje.

Marta: I masz jakiś przepis na wybieranie kogo się słuchasz, czy jak ci w duszy zagra?

Anna: To jest trochę tak, że z pewnymi ludźmi jest mi bardziej po drodze literacko niż z innymi. Nie wiem, podobnie reagujemy na podobne teksty. Albo potrafimy rozmawiać o tekstach – mówię teraz o tekstach nie naszych, tylko i zupełnie spoza. Osób trzecich. Jakiś przeczytanych opowiadaniach czy książkach. Potrafimy o nich rozmawiać tak, że pokazujemy sobie różne spojrzenia i akceptujemy tę różnorodność. I od takich osób, którym już ufam literacko, w to, że mamy zbieżne gusta, zbieżne rozumienie wskazówek… Pojęcia w ogóle wskazówki, czym powinna być wskazówka literacka w tekście dla czytelnika zostawiona – no od tych osób czerpię chętniej, po prostu. Chyba najmniej przemawiają do mnie uwagi, które zaczynają się od tego, że “ja tego nie rozumiem, co tu napisałaś, więc to nie jest okay”. Przyznaję, że wtedy puszczam to mimo uszu. To znaczy, jeśli na tym się kończy, bo jakby, jeśli drażę i no dobrze, ale czego konkretnie nie zrozumiałaś, gdzie brakuje, w którym miejscu widzisz coś, czego ja nie napisałam, moim zdaniem, no to OK. Ale jeśli nie ma podarcia, że to jest takie: no nie, do mnie to nie przemawia – to nie jest to uwaga, z którą da się coś zrobić.

Marta: Odnośnie jeszcze tego odbijania pomysłów i właśnie czerpania uwag. To jak to z tym jest teraz u ciebie w obecnej sytuacji, kiedy kontakty między ludzkie, przynajmniej na żywo zostały nam w dużej mierze odebrane. Dramatycznie mówię odebrane, natomiast zdrowy rozsądek mówi, że nie powinniśmy tego robić.

Anna: Ten czas, taki dziwaczny teraz, tej naszej pandemicznej kwarantanny na mnie wpływa… no nie dobrze.

Bez ściemy wpływa fatalnie.

Mam wrażenie, że mój mózg próbuje to przerobić, że ty siedzisz w domu więc nie chcesz się z nikim widywać, jak się nie chcesz z nikim widywać, to zwykle oznacza to, że coś nie tak dzieje się w twojej głowie i po prostu, zaczynam odczuwać duży dyskomfort i mam potrzebę ludzi.

Ponadto mam problem z tym, że pracuję zdalnie. Praca zdalnie w momencie, gdy z zawodu jesteś pedagogiem specjalnym w przedszkolu i na co dzień pracujesz z maluchami niepełnosprawnymi wzrokowo, intelektualnie, ruchowo – jest mało satysfakcjonująca, że tak powiem. Polega głównie na tym, że spisuję zajęcia, takie scenariusze zajęć, w taki sposób, żeby rodzice łatwo i bez sięgania po jakieś specjalne, trudne do zdobycia środki, mogli wesprzeć swoje dzieciaki w rozwoju prawidłowego widzenia. Takie scenariusze umieszczane są na stronie ośrodka, w którym pracuję. Kontaktuję się z rodzicami na różne sposoby, no i rozmawiamy czasem przez telefon, czasem są to tylko SMS–y albo maile, to zależy od tego na jaki kontakt gotowi są też rodzice i ja mam poczucie takiego odstawienia na boczny tor. Że tak naprawdę nie robię swojej roboty, tak jak powinnam ją robić. Z takim zaangażowaniem, jak powinnam ją robić. Że tak naprawdę siedzę cały czas przed tym komputerem… i to mi też blokuje pisanie. Bo teoretycznie wydawałoby się, że mam czas i przestrzeń, ale mam też poczucie, że powinnam te czas i przestrzeń przeznaczać na co innego.

I uświadomiłam sobie, że ostatnie rzeczy, jakie napisałam to była połowa kwietnia. Skończyłam właśnie opowiadanie pod tajemniczym tytułem LOS tarnowskie Góry i od tej pory… Przepraszam napisałam jeden akapit mojego siódmego, zdaje się… jeśli dobrze liczę, opowiadania obyczajowego. Wiem o czym ono będzie… chyba… chociaż opowiadania obyczajowe nie powstają w mojej głowie w taki sposób jak opowiadania fantastyczne. One pojawiają się w formie jakiejś sceny, nastroju i uczuć, które chciałabym w tym opowiadaniu pokazać. Jakoś usprawiedliwić. Więc mam temat, jakby, taki bardzo ogólny do siódmego opowiadania, ale na razie tyle.

Stoi wszystko.

Chociaż przyznam, że w głowie mielą mi się kolejne koncepcje pod tytułem co dalej z twoim pisaniem Anno Siemomysło? Nie wiem czy będę w stanie to określić, dopóki świat nie wróci do normy.

Marta: A to nie wiadomo jeszcze, kiedy nastąpi. Ale nie poddajesz się?

Anna: Nie. Jakby też wyszłam poza ten moment w życiu, kiedy się jakieśkolwiek deklaracje składa, że coś będę, albo czegoś nie będę. Po prostu jak będzie, tka będzie. Zobaczymy.

Marta: Co ma być, to będzie, a na razie najbliższy twój tekst, jaki będzie można przeczytać to LOS Tarnowskie Góry czy coś wcześniej?

Anna: Nie, no z takich pewniaków, o których wiem, że będą, to LOS Tarnowskie Góry. Waży się data. Na pewno to będzie druga połowa roku, ale wydawca zastanawia się w tej chwili w który miesiąc się wstrzelić z wydaniem, bo najbardziej oczywista data jaka była, czyli data tarnogórskiej imprezy miejskiej – gwarków… No z wiadomych przyczyn gwarki zostały odwołane, trzeba teraz kombinować inaczej. Tak, żeby było dobrze. O tym wiem. Jest jeszcze jedno opowiadanie w redakcji, ale o tym, kiedy i jak jeszcze nic, więc nic o tym nie mówię.

Marta: OK. Czyli na razie pozostaje nam wyczekiwać LOS–u.

Anna: Tak.

Marta: I patrzeć co się dzieje. Masz jakieś ostatnie słowa.

Anna: Ostatnie słowa! xD

Marta: Jeny, to źle zabrzmiało. Może masz jakieś, po prostu słowa, jeszcze na koniec dla ludzi. Coś jeszcze do powiedzenia dla ludzi, na dowiedzenia.

Anna: Czytajcie. Czytajcie, ale czytajcie, bo lubicie, bo chcecie, a nie z poczucia obowiązku, bo być może niektórzy z was mają teraz oficjalnie albo mniej oficjalnie więcej czasu i czują, że powinni to jakoś zagospodarować. Nie róbcie niczego, bo trzeba. Róbcie rzeczy, które chcecie robić. I czytajcie. Czytanie jest ważne i fajne.

I tyle.

Dziękuję.

Marta: Dziękuję ci bardzo za to mniej więcej pół godzinki rozmowy. Było bardzo miło.

Anna: Mnie też.

Marta: Cieszę się.


Annę Hrycyszyn możecie znaleźć na:

Goodreads

Lubimy Czytać

Facebooku

1 thought on “O grafomanii, szczęśliwych zakończeniach i pisarskim życiu – kawiarniana rozmowa z Anną Hrycyszyn

  1. Pamiętam rozmowę o krzywdzeniu bohaterów. Ja byłam jedną z tych osób, które krzywdzą. I w sumie nadal to robię, chociaż czytając cudze teksty zawsze chcę, żeby postacie kończyły jak najlepiej (chyba że ich nie lubię ^^).

    Dlaczego krzywdzę moich bohaterów? Chyba dlatego że mogę. Z tego samego powodu, dla którego lubiłam usuwać drabinkę w basenie w Simsach. Nie mam nic przeciw szczęśliwym zakończeniom ogólnie. Przyznam jednak, że gdy czytałam zbiór opowiadań Blackwooda w Biblioteczce Grozy i za każdym razem bohater na końcu jakoś cudem unikał niebezpieczeństwa, czy to był wendigo, czy nieśmiertelni mnisi – to już miałam odrobinę przesytu.

Pytania, uwagi, komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.