Jak wydać książkę?

 Piszesz beletrystykę? Tak? To na pewno musisz chcieć wydać swoją książkę!

Piszesz → musisz wydać książkę
Nie, wbrew pytaniom krewnych i znajomych królika o to “czy coś już masz wydane/kiedy wydasz” wcale nie musisz wydawać swojej twórczości. Ale możesz chcieć to zrobić.

Co to znaczy wydać

Na potrzeby tego omówienia zakładam, że wydrukowanie pdf-a w pięć minut po ukończeniu dzieła swojego życia i rąk własnych oraz podlinkowanie go na blogu, wydaniem nie jest. Jest ono formą pokazania utworu światu, ale jest wydaniem go w takim samym stopniu, co ja klikając “opublikuj” wydaję wpisy na moim blogu. Kryterium oddzielającym opublikowanie od wydania jest dla mnie proces wydawniczy, co jest naciągane, bo wpisy na porządnych blogach przechodzą parawydawniczy magiel, ale gdzieś trzeba tę granicę ustalić.

Czymże jest proces wydawniczy?

Niestety dla wielu czarną skrzynką, magiczną przestrzenią pomiędzy ostatnią wersją pliku na dysku komputera autora, a półką w księgarni. Choć magii to w nim raczej nie ma, jest za to sporo pracy.

Proces wydawniczy

Od ukończenia autorskiej wersji utworu do momentu kiedy trafia on piękny i pachnący w złaknione ręce czytelnika upływa całkiem sporo czasu, ale to trochę czarna skrzynka. Niby każdy wie, że coś się wtedy dzieje, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego co. To smutne, przykre i problemogenne, bo wielu osobom ta wiedza pomogłaby podjąć lepszą decyzję. A skoro tak, to niniejszym przedstawiam: proces wydawniczy

Zaczynamy, gdy utwór już trafił do wydawnictwa, które chce je wydać (ewentualnie gdy wydający się samodzielnie autor uznał, że to jest ten moment, gdy od pisania przechodzi do wydawania) i trwa cirka do momentu, gdy książkę można już kupić.

Cirka, bo można też stwierdzić, że trwa do ostatniego dnia istnienia książki, ale aż tak wielka skala nie jest potrzebna, aby opisać co i jak.

Zanim utwór trafi do czytelnika, powinien on przejść przez ręce redaktora i korektora (w tej kolejności); ponieważ jeszcze się taki autor nie trafił, co by wszystkie swoje fabularne niezręczności wyłapał oraz znalazł wszystkie literówki i przecinki. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy (redaktor zabija moja wizję… zabija mój styl, bo ja tak piszę, to mój styl i koniec, zły redaktor, wróg i w ogóle…) redakcja i korekta są bardziej niż potrzebne.

Równolegle trzeba stworzyć okładkę, ilustracje, a gdy tekst będzie gotowy zrobić skład czy to do druku, czy dla e-booka. A mając gotowy produkt na horyzoncie, należy jeszcze wymyślić jak dotrzeć z informacją o nim do potencjalnych czytelników i jak go sprzedawać – czyli dystrybucja i promocja

Nieważne w jakim modelu postanowisz (lub zostanie ci postanowione, ale o tym dalej) wydać swój utwór, odhaczenie tych pięciu punktów jest konieczne. Różnice między modelami polegają na tym, kto te punkty będzie odhaczał.

Jak wydać książkę? – Modele Wydawnicze

Nagłówek sekcji taki a nie inny, aby złowić Wujka Google, bo wyszukanie w nim frazy jak wydać książkę zwraca w wynikach głównie wydawnictwa typu vanity. Zważywszy, że raczej nie wyszukują tego ludzie, którzy mają doświadczenie z wydawaniem, to mogą wybrać to vanity nie z przekonania, że to dobra opcja, a dlatego, że Wujek Google powiedział.

No ale na vanity świat się kończy.

Do wyboru mamy trzy podstawowe modele wydawnicze: 

  • tradycyjny zwany klasycznym,
  • samowydawanie zwane z angielskiego self-publishingiem lub selfem,
  • vanity publishing, który nie doczekał się spolszczenia, a szkoda.

Tradycyjne wydawnictwo

Budzący najmniej wątpliwości, kontrowersji, przez wielu uznawany za ten najbardziej właściwy, nobilitujący sposób znalezienia się na fizycznej lub wirtualnej półce. Tradycyjne wydawnictwo bierze proces wydawniczy na klatę. To ono organizuje redaktora, korektora, grafika, składacza. To ono tworzy strategię promocji i dystrybucji. I jak komuś ciśnie się na usta, że on to słyszał, że wydawnictwo XYZ to do promocji nic nie zrobiło, a tradycyjne i bla bla bla, to oczywiście i tak bywa. Nikt nie mówił, że bycie tradycyjnym wydawnictwem z zasady oznacza bycie ideałem, na którym mucha nie siada i nikt sarkał nie będzie. Oczywiście, że są takie co wywiązują się ze swoich zobowiązań lepiej i takie, co robią to gorzej. Co jest wspólne dla wszystkich tradycyjnych wydawnictw, to że chcą, aby produkt – książka – się sprzedał. Uszczęśliwienie autora to taki bonus, ale liczy się, aby książka trafiła do rąk czytelników, a czytelnicze pieniążki trafiły do kieszeni wydawnictwa, bo to ono wyskoczyło z kasy i zainwestowało w autora opłacając redaktora, korektora, grafika, płacąc księgarniom, aby ustawiły książkę na półce (bo takiemu Empikowi się za ten przywilej płaci) i tak dalej, a w związku z tym chcą, aby się im to zwróciło. Najlepiej z nawiązką. 

Tymczasem autor ryzykuje głównie swoim nazwiskiem i czasem (przeliczonym również na pieniądze, które liczy, że zarobi na książce, przy czym, ze wszystkich trzech opcji, tradycyjne wydawnictwa zazwyczaj oferują autorowi najmniejszy procent zysków).

Jednocześnie dostanie się do tradycyjnego wydawnictwa jest najtrudniejsze, bo tradycyjne wydawnictwo bierze na siebie całe ryzyko związane z tym czy tytuł się sprzeda, czy nie. A to oznacza, że jest bardzo ostrożne przy wybieraniu pozycji, które zamierza wydać, bo kilka nietrafionych tytułów może oznaczać bankructwo. Zwłaszcza w przypadku tych mniejszych każda decyzja to może być ich być albo nie być, dlatego potrzebują czasu, żeby ją podjąć. Trzy, pięć, sześć miesięcy oczekiwania na decyzję, to może wydawać się dużo, ale w tym czasie jedna lub więcej osób czyta utwór, analizuje na ile wpisuje się on w plan wydawniczy, dyskutuje to z innymi, powstają listy za i przeciw i gdzieś na końcu tego jest ostateczna decyzja. 

Poza tym nie wystarcza, że utwór jest po prostu dobry.

Wydawnictwa tradycyjne mają swoje nisze, specjalizacje, plany rozwoju. Trzeba zatem nie tylko napisać coś dobrego, ale również wstrzelić się z tym w to, co wydawnictwo wydawało w ostatnim czasie, zerknąć na zapowiedzi i mieć trochę szczęścia, bo licho wie jaki jest plan rozwoju na najbliższe pięć lat. Czyli albo jesteśmy obcykani w trendach na rynku wydawniczym, albo mamy szczęście. 

Dla kogo jest ten model: de facto dla każdego, choć osoby z wizją dotyczącą każdego wcięcia akapitu, szerokość marginesu i zawijasa przy numerze strony mogą w tym przypadku sarkać na to, jak bardzo ich wizja i artystyczna dusza jest ciemiężona przez wydawnictwo co bez serc, bez ducha… I tak dalej. 

W przypadku, gdy autor nie ma jeszcze nic wydanego na koncie, tradycyjne wydawnictwa mają pewną przewagę u czytelnika, bo sobą ręczą za jakość danego tytułu. Mogę nie mieć pojęcia jakim autorem jest Jan Pikusinski, ale jeśli jego książkę wydało Czarne, to będę gotowa dać mu większy kredyt zaufania, bo Czarne szmiry raczej nie wypuszcza na rynek.

Nieprawdą jest to, co mówią niektórzy, że debiutanci nie mają w tradycyjnych wydawnictwach szans i jedynym sposobem na debiut jest wyłożenie kasy z własnej kieszeni.

Niemniej można tę kasę wyłożyć.

Wówczas pojawiają się nam dwie nowe opcje. Self-publishing i vanity publishing, a różnica miedzy nimi, w telegraficznym skrócie, to: jak bardzo chcesz się narobić.

Tradycyjne wydawnictwo
Kto nadzoruje proces wydawniczy: wydawnictwo
Kto ponosi ryzyko finansowe: wydawnictwo
Kto jest podstawowym klientem: czytelnik
Wady: trudno się dostać
Zalety: raczej nie wzbudza podejrzeń

Self-publishing

Czyli po polsku samowydawanie. Literacka wersja zrób to sam. I tu przypomnę, że na potrzeby tego omówienia kliknięcie w wordzie “Drukuj” i wybranie drukarki plików PDF a następnie wrzucenie tego pliku na bloga to jeszcze nie wydanie. Musimy zaliczyć proces wydawniczy i w tym przypadku to na nas spoczywa odpowiedzialność, aby zaangażować do niego odpowiednich ludzi i nie zapomnieć o niczym. To także nasze pieniądze leżą na szali. 

Odpowiedzialność

Dobry self-publishing nie jest łatwy. Zadbanie o cały proces wydawniczy spoczywa tu na autorze. Jeśli miał on wcześniej doświadczenie z wydawaniem, to ma tu nieco łatwiej: wie na co się porywa. Ba! Może ma nawet jakieś kontakty do ludzi. Historia odnotowała autorów, którzy pisali pod szyldem wydawnictwa, aż z tych czy innych powodów uznali, że mają dość i wyszli na swoje, zwykle posiadając wówczas już pewną renomę i bazę czytelników skłonnych kupować ich książki.

Jeśli jednak to pierwsza książka, a wśród znajomych brakuje innych selferów, self-publishing oznacza przecieranie sobie szlaku, szukanie dobrych ludzi i płacenie z własnej kieszeni za pomyłki.

Jeśli kończysz swe wiekopomne dzieło i nie chcesz dzielić się zyskiem z nikim innym, lub, jak wiele osób, już masz dzieło ukończone, rozesłane i nikt nie odpowiada na twoje maile, więc ani chybi cię ignoruje, a skoro tak to zrobisz to samodzielnie, to wiedz, że potrzebujesz przejść cały proces wydawniczy. 

Jeśli z tych czy innych powodów rozważasz self-publishing, to wiedz, że:

Potrzebujesz redaktora. Redaktora, który będzie się znał na swojej robocie i z którym będzie ci się dobrze współpracowało. Niekoniecznie tym dobrym redaktorem będzie znajomy, zwłaszcza znajomy, który kibicował ci i zaglądał przez ramię w czasie pisania, bo ktoś taki po prostu nie będzie w stanie spojrzeć na tekst świeżym, krytycznym okiem. A świeżość jest potrzebna, aby wyłapać co faktycznie jest w tekście, a co było w głowie autora i jego opowieściach, ale miało pecha być wyjaśnione w tym jednym akapicie, który został skasowany, więc czytelnik nigdy się o tym nie dowie. I redaktor to nie wróg, który niszczy twój własny styl i rujnuje twoją ukochaną scenę, która nic nie wnosi do tekstu i nie pasuje, ale ty ją kochasz wielce, więc jak on może sugerować jej skasowanie?! Celem redaktora jest pomóc sprawić, aby książka była możliwie najlepsza. 

Dobry redaktor to skarb.

Potrzebujesz korektora, bo jeszcze się nie znalazła taka osoba, która wyłapie wszystkie swoje literówki i zaginione przecinki. Czytamy to, co chcemy przeczytać. Tak działa nasz mózg. Ktoś, kto patrzy na tekst świeżym okiem ma większe szanse wyłapać ich jak najwięcej.

Potrzebujesz kogoś, kto przygotuje ci to do druku. Zrobi okładkę, poskłada – i tu, jeśli wiesz co robisz, nic nie broni ci przyciąć kosztów i zrobić tego samodzielnie. Jeśli się na tym nie znasz, możesz się tego nauczyć, a możesz komuś za to zapłacić. 

Musisz jakoś dotrzeć do czytelników, a to oznacza opracowanie strategii promocyjnej i sposobu dystrybucji. To pierwsze i tak pewnie w jakimś stopniu byłoby twoim udziałem w opcji tradycyjnej, ale drugie już nie. A to drugie takie proste nie jest. Pół biedy jak sprzedajesz e-booka. E-book zajmuje miejsce jedynie na dysku. Papierowa książka zajmuje fizyczną przestrzeń i w najgorszym przypadku zamieszkasz ze swoim nakładem. W lepszych podpiszesz umowę z hurtownią, albo przynajmniej wynajmiesz garaż od sąsiada – ale to już oznacza dodatkowe koszty, które musisz wziąć pod uwagę i uwzględnić w cenie sprzedaży.

Self-publishing ↔ odpowiedzialność

Ale ta odpowiedzialność ma swoje zalety. Faktycznie, ostatecznym zyskiem z nikim się nie dzielisz. Po drugie książka wygląda dokładnie tak jak ty chcesz i gdy ktoś pyta czemu coś w niej jest zrobione tak a tak, to nie świecisz oczami jak ja, tłumacząca, że blurb na okładce Powidoków pierwszy raz na oczy zobaczyłam jak już dostałam wydaną książkę do ręki i eee ummm eeeee nie wiem do końca co jego autor miał na myśli, ale mogę powiedzieć co miałam na myśli w opowiadaniach zawartych między okładkami, więc może porozmawiajmy o nich.

Jest też ciemniejsza strona selfa.

Metka

Wydaje.pl – niech mu internetowy niebyt lekkim będzie – trochę tu zamieszało swego czasu. Zgrabnie weszło w polską niszę dla self-publishingu, dając mu platformę sprzedażową, ale nie zadbało o jakość. Owszem, oferowało swoje usługi i kto chciał, mógł u nich wykupić redakcję, korektę i tak dalej, ale pozwalało również po prostu wgrać swoje gotowe pliki, ustawić cenę sprzedaży i nie zwracało uwagi na to, jak te pliki się prezentowały (taki Amazon pewne wymagania stawia). Co doprowadziło do sytuacji, w której większość sprzedawanych na platformie książek to były zdrukowane do pdf-ów pliki worda, które żadnej redakcji i korekty na oczy nie widziały. O formatach mobi i epub można było często tylko pomarzyć. To i fakt, że na wczesnym etapie często motywacją do pójścia w self-publishing było bo wydawnictwa mnie ignorują sprawiło, że self-publishing w Polsce nie ma najlepszej opinii, choć powoli i to się zmienia.

Influencerzy

Grupą, która sobie w self-publishingu dobrze radzi są wszelkiej maści influencerzy – ludzie, którzy pisząc książkę mają już szerokie grono odbiorców, którzy chcą ich czytać, może nawet takich, którzy skłonni będą kupić egzemplarz przedpremierowo, żeby zasilić budżet projektu, a już na pewno takich, którzy chętnie pochwalą się zakupem, nie daj bóg, jak będzie papierowy i z autografem.

Chyba najbardziej znanym przykładem tutaj jest “Finansowy Ninja” Michała Szafranskiego, ale wielu influencerów wydaje własne książki i to powoli przenika do środowiska pisarskiego. Coraz więcej autorów poświęca czas nie tylko na samo pisanie, ale na budowanie swojej internetowej społeczności, która, w chwili gdy już się książka ukaże, z miejsca będzie chciała ją kupić. Co każe przywołać ku przestrodze przypadek, gdy owszem, społeczność kupi, ale utwór nie okaże się tak dobry, jak autor na to liczył – kto otarł się o “Admiralette” ten wie o co chodzi. Choć, co prawda, “Admiralette” nie była selfem. Ona znalazła się na półkach dzięki trzeciej metodzie. 

Dla kogo jest self-publishing?

Dla tych, co chcą mieć pełną kontrolę nad tym, jak będzie wyglądała ich publikacja, są gotowi zainwestować w nią konkretne pieniądze i dużo swojego czasu. 

Self-publishing
Kto nadzoruje proces wydawniczy: autor.
Kto ponosi ryzyko finansowe: autor.
Kto jest podstawowym klientem: czytelnik.
Wady: ten i tamten mogą się zastanawiać, czy to self ze świadomego wyboru, czy tekst był za słaby, aby go wzięło jakiekolwiek wydawnictwo, a autor się uparł.
Zalety: pełna kontrola.

Vanity publishing

Opcja trzecia: dla leniwych – choć to dość łagodna nazwa dla całego procesu. 

Vanity-publishing nie doczekał się póki co spolszczonej nazwy, a szkoda, bo wówczas nie trzeba by wiele tłumaczyć. Ot odwołuje się on do autorskiej próżności, do wielkiej niespełnionej potrzeby wydania swojej książki i widać to zaraz po wejściu na strony internetowe takich wydawnictw. Podczas gdy wydawnictwo tradycyjne większość swojej strony poświęca przedstawieniu wydanych przez siebie tytułów, które odwiedzający mógłby chcieć kupić, za to znalezienie instrukcji dla potencjalnych autorów wymaga już uważniejszego poszperania, to wydawnictwa vanity zwracają się przede wszystkim do autorów.

“Drodzy Debiutanci,
Witam Was na stronie Wydawnictwa DEBIUTANT i zapraszam do wydawania Waszych książek, nowel czy opowiadań.
– http://www.wydawnictwodebiutant.pl “

A robią to z prostego powodu: dla nich podstawowym klientem jest autor.

Wydawnictwa typu vanity-publishing to taki miks dwóch poprzednich opcji. Tak, jest tu wydawnictwo, które ogarnia proces wydawniczy, ale jest też autor, który inwestuje pieniądze. Mówiąc jak chłop krowie na rowie: kupujemy usługę wydawniczą i za nią płacimy tak, jak płacimy za usługę gastronomiczną idąc na obiad do knajpy. Dla wydawnictwa oznacza to, że koszt wydania książki pokrywa autor, a to czy się ona sprzeda to bonus (zakładając stuprocentowy wkład autora, bo wieść gminna niesie, że da się czasami ugadać podział kosztów, zwłaszcza jeśli już się coś u nich wydało i przyniosło to zyski, albo w jakiś inny sposób autor może zagwarantować sprzedaż na konkretnym poziomie – patrz; influencerzy).

Zarówno w modelu tradycyjnym i self-publishingu klientem, z myślą o którym wszystko jest tworzone, jest czytelnik. I jedni i drudzy chcą stworzyć książkę, która się sprzeda i przynajmniej zwróci poniesione koszty, a najlepiej, żeby jeszcze na sobie zarobiła. W przypadku vanity-publishingu podstawowym klientem jest autor, czytelnik jest drugorzędny.

Podstawowe cechy vanity

  • na stronie www zwraca się do autora o wiele bardziej, niż robią to wydawnictwa tradycyjne;
  • zwykle oferuje lepszy procent zysków dla autora niż wydawnictwo tradycyjne;
  • trzeba im zapłacić; często gęsto publikuje nawet kalkulator, żebyśmy sobie mogli szybko przeliczyć czy nas stać na wydanie naszego dzieła, czy trzeba jeszcze trochę pooszczędzać.

Metka

Dla przeciętnego Kowalskiego książka wydana w vanity wgląda jak każda inna na półce czy w sklepie internetowym. Ale jeśli mamy do czynienia z Kowalskim, który nie tylko zerka na tytuł i blurb, ale też na wydawnictwo, to takiemu może się już zapalić lampka ostrzegawcza, jak zobaczy nazwę spod flagi vanity. Wydawnictwa vanity wydają bardzo dużo rzeczy, które są w najlepszym razie przeciętne, a zazwyczaj są po prostu słabe. I oczywiście czasami trafiają się perełki, ale statystycznie jest ich w tym morzu niewiele, więc szanse, że się na taką trafi, są niskie. A to oznacza, że taki Kowalski niekoniecznie kupi książkę tego wydawnictwa bazując tylko na tytule i blurbie.

A tych świadomych jest coraz więcej.

Vanity, fantastyka i Zajdle

Sporo hałasu wokół vanity zrobiło się kilka lat temu w kręgu literatury fantastycznej, gdy to się garść autorów tradycyjnych oburzyła, że oni sobie nie życzą znajdować się na tej samej liście tytułów, które można nominować do nagrody Zajdla, na której znajdują się pozycje wydane w vanity, bo vanity to zło.

Jakoś umknęło ich oburzeniu to, że rzeczona lista to jest po prostu spis wszystkiego co polscy autorzy fantastyki wydali w minionym roku. A przynajmniej wszystkiego, co wyłapano, bo listę tę wolontaryjnie tworzą zwykli ludzie i wcale nie jest powiedziane, że jak coś się na niej nie znalazło, a jest fantastyką wydaną po raz pierwszy w danym roku, to nie może być nominowane – może, ale o specyfice nagrody Zajdla, to może innym razem. 

A także, że stawianiem ultimatum spod znaku albo my, albo oni robią krzywdę nie wydawnictwom typu vanity, a autorom, którzy mniej lub bardziej świadomie dali się im złowić. 

Plusem całej sytuacji było to, że nagle zaczęto o vanity głośno rozmawiać i tłumaczyć jak działa. 

Dlaczego JA nie lubię vanity 

W moim prywatnym odczuciu wydawnictwa vanity nie są wszystkim co najgorsze, ale jeden mechanizm ich funkcjonowania czyni je swego rodzaju zagrożeniem i to przez niego w ogóle zaczęłam pisać ten artykuł. I nie, nie chodzi o branie pieniędzy od autorów, a o odpisywanie na e-miale autorów. 

Przy tradycyjnych wydawnictwach już wyjaśniłam, że podjęcie decyzji co wydać to u nich duża decyzja, decyzja od której może zależeć być albo nie być wydawnictwa i dlatego potrzebują na podjęcie jej sporo czasu. Vanity-publishing nie ma tego problemu. Jak długo w formularzu zgłoszenia tekstu sami musimy zaświadczyć, że przesyłany przez nas tekst jest zgodny z polskim prawem, tak oni w zasadzie w ogóle myśleć nie muszą. A to oznacza, że jak wyślemy do pięciu wydawnictw z czego jedno będzie vanity, to vanity pewnikiem odpisze nam pierwsze. I jeszcze zrobi to chwaląc walory tekstu, podkreślając jak bardzo są nim zaciekawieni i może tylko z rozpędu zwrócą się per Pan do autorki, albo per Pani do autora, bo się komuś szablony odpowiedzi pomylą. 

I teraz, jak ktoś nie czai o co w vanity chodzi, to wejdzie w ten biznes, bo czemu miałby nie wejść, czemu miałby odpisać, że w sumie to nie wie i może poczeka czy ktoś inny mu odpisze za pół roku.

Nic w Internecie nie ginie

I teraz ty, człowieku po drugiej stronie ekranu, już wiesz, że w ogóle vanity istnieje, że nie jest prawem rynku wydawniczego, że za debiut trzeba zapłacić, ale wielu nie ma o tym pojęcia. Codziennie tysiąc razy sprawdza e-maila , wypatrując odpowiedzi i gdy ją dostanie, to rzadko zastanawia się, czy może warto poczekać na inne wydawnictwa. Zwłaszcza po tym jak go Vanity połechtało po próżności, pisząc jak bardzo są tekstem zainteresowani. 

I pikuś jak tekst faktycznie będzie dobry. Ale jak okaże się słaby i naprawdę nie powinien zostać wydany, to za łatwo nie zamiecie się jego istnienia pod dywan. Może zniknie z księgarnianych półek, zostanie skasowany z katalogu wydawnictwa, ale mamy Lubimy Czytać, mamy Goodreads, mamy też (niestety) nielegalne kopie e-booków na Chomiku czy innym takim. Jak to mówią: w Internecie nic nie ginie, i trzeba być tego świadomym. 

Czy vanity to samo zło?

Nie.

Dla kogo jest vanity-publishing?

Dla wnucząt, które chcą spełnić marzenie babci o wydanych memuarach, a które to wnuczęta nie mają czasu i umiejętności, aby wydać je samodzielnie. 

Vanity-publishing
Kto nadzoruje proces wydawniczy: wydawnictwo.
Kto ponosi ryzyko finansowe: autor.
Kto jest podstawowym klientem: autor.
Zalety: łatwo się dostać.
Wady: za łatwo się dostać.

Jak wydać książkę?

No to jak wydać książkę? Moja odpowiedź brzmi: świadomie

Jestem daleka od twierdzenia, że trzeba wydać w konkretny sposób, bo tylko jeden jest dobry i koniec. Każdy ma swoje wady i zalety, każdy ma swoje zastosowanie i wszystko sprowadza się do tego, aby wybrać świadomie. Chcesz iść tradycyjnie – uzbrój się w cierpliwość. Chcesz iść w selfie – oszczędzaj, ucz się, planuj. Chcesz po prostu mieć swoją książkę dla siebie, krewnych i znajomych królika i może kogoś jeszcze, ale nie chcesz się urobić po łokcie – bierz kasę i idź do vanity. 

Pytania, uwagi, komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.