Było jutro

*

Trzy godziny później Krystian Zawada nazwał siebie kretynem. Miało to miejsce w salonie w jego mieszkaniu, gdy nerwowo porządkował dokumenty i notatki na stole. Przekładał swoje raporty i dane do późniejszej analizy, które miał przekazać w górę – w przyszłość. Oczywiście, że Lubierski wiedział, że potrzebuje tej przeklętej analizy. Zdawało sobie sprawę z niemal wszystkiego, co mu Krystian tłumaczył. Nie był głupi i ta myśl Krystiana przeraziła w równym stopniu, co nagłe uświadomienie sobie, że analiza zjawi się w tej teraźniejszości może już jutro. Przybędzie prosto z Zielonej Góry T0, może nawet opatrzona błyszczącym logiem miasta przyszłości, bo czemu by nie. Po wypadku odświeżono ten ustanowiony na początku XXI wieku slogan miasta i sygnowano nim wszystkie dokumenty z nim związane i wszystkie paczki dla niego.

– Każdy może tak sobie coś wnieść i przerzucić w przeszłość. To głupie! A jak komuś odwali?

Krystian zgadzał się z Marcinem. Tak, głupie tu i teraz. Tam, w Thalloris nikt by tak o tym nie pomyślał. Znali ryzyko i coś takiego byłoby przekreśleniem własnego istnienia. Szaleństwem, a to się nie zdarzało.

Do niedawna – pomyślał.

Poczuł się stary i spaczony początkiem XXI wieku. To był cud, że tyle lat tu przeżył, że nie zrobił czegoś nieskończenie głupiego. Miał tyle szczęścia.

– Z takim planem będą mogli wymazać wszystko, co dla mnie już było i stworzyć swój idealny świat.

– Świat dla takiej elity jak oni – Marcin prychnął. – Weź Agę, wyjedźcie na dwa tygodnie i niech skisną.

– Wrócą za rok. Będą wracać raz za razem. Może nawet w końcu znów zjawi się ten, kto z nimi współpracuje i wtedy nie będę musieli prosić mnie o pomoc, a moja przeszłość tam w przyszłości w końcu zniknie i tak.

I skłamałby mówiąc, że była idealna, jedyna i niezastąpiona. Że ludzie byli wspaniali i że mu na tylu zależało, że do rana wymieniałby imiona tych, za którymi skoczyłby w ogień.

– Czyli co?  Musi wyjść na ich i nic nie możemy zrobić? Nie możemy dać jakiegoś cynku, a paczki zniszczyć?

Za ścianą Agnieszka rozmawiała przez telefon. Pojedyncze słowa przesączały się przez wielką płytę i mogli domyślić się, że umawia się na spotkanie. Na zabawę. Nie miała pojęcia, że przez większość dnia, ktoś nieustannie ją śledził, nagrywał i mógł zrobić o wiele więcej.

– Będą obserwować…

– Nie dadzą szansy, co nie? Żadnego wyjścia i twoja przyszłość po prostu zniknie. Tamci ludzie się nie urodzą…  Czy to można nazwać morderstwem? Mówili, że zrobią to bezkrwawo, ale jak się zastanowić, to… – wzruszył ramionami i skrzywił się. – Sorry, że to powiem, ale podróże w czasie to poroniony pomysł, a to teraz jest już totalnie jak film. Taki na nutę Jądra Ziemi czy Armagedonu. Samotny ojciec, ratowanie całego świata i tak dalej…

Wiedział. Wiedział też, że nie jest materiałem na bohatera. Gdyby był, to przecież nie czekałby do trzeciego listu, a wykorzystał czas, aby coś zdziałać, zmienić. Ale wolał się miotać, a teraz pozostało mu jedno rozwiązanie. Dokładnie to, które Marcin sam podał przed kilkoma dniami, i które wtedy skreślili.

Odetchnął.

Wiedział, że jeśli zawaha się i da sobie choć noc do namysłu, to się nie odważy. To przekreśli życie tych wszystkich ludzi, z którymi się wychował, których lubił, nienawidził. Takich, co ich nawet nigdy nie poznał. A potem nigdy nie będzie umiał sobie tego usprawiedliwić, bo wystarczało, aby raz Marcin nazwał to morderstwem, aby go wystraszyć.

– Będzie dobrze – westchnął i dodał krótkie i tylko dla niego cokolwiek znaczące: szarlsz.

Słowo klucz zaszeleściło mu w uszach, obudziło uśpiony od lat implant i poczuł jak spada. Jak tysiące głosów zalewa jego myśli, jak przekrzykują się nie wiedząc o swoim istnieniu. Nie mając pojęcia, że on tu jest, że był i że już go nie ma. Słyszał Agnieszkę, ale nie rozumiał słów, jakby pięć jego córek mówiło na raz, jedna przez drugą i o czymś innym.

* * *

– Zredukowaliśmy twój czas do dnia na godzinę w końcowej fazie, ale i tak wyskoczyłeś na ponad dwa lata. Niektórzy już obstawiali, że w ogóle nie wrócisz. Twoje raporty docierały tutaj, swoją drogą trafianie w jeden tydzień przez kilka lat było w cholerę trudne, naprawdę. Czasami jak śpię, to śnią mi się obrazki Thalloris, widzę budynki i czuję potrzebę rozpoznawania ich. Co w którym roku zbudowano, kiedy przemalowano bibliotekę, kiedy otworzono Biedronkę przy Piwnej. Rzygam tym, jeśli byś pytał, dawno bym rzuciła tę robotę i nie patrzyła stąd na miasto ani chwili dłużej, gdyby nie to, że tam tkwiłeś. Doceń przyjacielską troskę.

Krystian stał na tarasie gondoli zawieszonej u szczytu kopuły przykrywającej Zieloną Górę. W dole rozgrywało się thallorialne pandemonium. Płaszczyzny czasu walczyły ze sobą, przenikały się, mieszały ze sobą jak szkiełka w kalejdoskopie. Żadna konfiguracja nie trwała dłużej jak kilka minut. Niektóre nie wytrzymywały nawet eksataktu. Na wieży Braniborskiej otwierano teleskop, na osiedlu Pomorskim palono zwłoki. Od zachodu miasto urywało się daleko przed kopułą, a bliżej centrum płonęło.

Mrugnął.

Płonęło południe, wciąż tym samym XVI-wiecznym ogniem, ale w miejscu zgliszcz na zachodzie pyszniły się nowe domy, lśnił szklany gmach – Krystian nie pamiętał go, musiał istnieć gdzieś między jego pierwszym przyjazdem tutaj, a rokiem 2015. Jovanna pewnie by mu to powiedziała, gdyby tylko Krystian zapytał.

– W ogóle powinieneś tu być? W ramach korekty po zjeździe nieźle cię musieli naszprycować, aby jakoś te dwadzieścia lat normalnego starzenia zniwelować. Zresztą ładnie sobie poradzili – zaśmiała się. – Jak cię liftngowali, to rada wydziałowa zaczęła wprowadzać dyrektywy i polityki co do zjazdów. Skończyło się rumakowanie. – westchnęła ciężko. – Wiesz czemu?

Znów pożar. Pół Pomorskiego zasnuwał dym palonych zwłok, z drugiej połowy wyrastały betonowe szkielety budowanych bloków. Na chwilę przy obserwatorium na wzgórzu pojawił się zarys CALLIS, nim wybuchnął i zmienił Zieloną Górę w miasto przyszłości, przeszłości i teraźniejszości na raz.

– Opowiesz? – zapytała cicho Jovanna i zabrzmiało to jak zaproszenie do wyżalenia się.

– Kiedyś. Może.

Odwrócił się i skierował ku windzie. W przewieszonej przez ramię torbie leżał ukończony rękopis opracowania, które zajmowało go przez ostatnie tygodnie. Napis na pierwszej stronie głosił:

Krystian Horosztyński

Propagacja fali z punktu dywergencji do chwili TxA-0 jako jeden z paradoksów temporalnych w teorii predestynacji post-thallorialnej.

Z dedykacją dla Agnieszki Zawady, której nie dane było być.

KONIEC


To było moje pierwsze opowiadanie pisane na Fantazje Zielonogórskie. Siadając do niego wiedziałam, gdzie leży Zielona Góra, że kiedyś była na terenie Dolnego Śląska, ale obecnie jest w lubuskim, województwie, które ma nazwę od miejscowości Lubusz, która to miejscowość obecnie znajduje się w Niemczech. W samej Zielonej Górze nigdy nie byłam, mijałam ją nieco z daleka kiedy jako dzieciak jeździłam na wakacje w okolice Międzyrzecza – Pszczew, Trzciel te rejony. Dość powiedzieć, że żeby napisać opowiadanie związane z Zieloną Górą było tego mało.

Był to też okres, kiedy ciągnęło mnie do pisania fantastyki historycznej. Kiedyś ona i urban fantasy wydawały mi się być kierunkami, w które będę szła… cóż, odmieniło mi się, ale większość opowiadań w Powidokach (wydanych ledwie rok przed powstaniem Było jutro) przynależy właśnie do tych gatunków. W każdym razie siadając do riserczu zielonogórskiego nie wiedziałam w sumie w jakim gatunku chcę napisać opowiadanie. Na to nakierowało mnie dopiero hasło promocyjne miasta:

Zielona Góra – miasto przyszłości.

I tak postanowiłam napisać o podróżach w czasie, ale sporo tego chaotycznego zbierania informacji zostało w tekście w postaci pojawiających się w tle detali, miejsc, o których czytałam (np. kaplica ofiar czarnej ospy, która pojawia się w pierwszej scenie).

Podróże w czasie były też o tyle wygodnym tematem, że pozwoliły mi z jednej strony napisać coś wpisującego się w fantastykę naukową, a jednocześnie pozwoliło uniknąć rozkminiania jak może rozwinąć się Zielona Góra, jak się zmieni.

Sama fabuła… zabij zamorduj, ale po pięciu latach nie jestem w stanie sobie przypomnieć co mną kierowało, kiedy ją rozpisywałam. Na pewno rozważania o paradoksie dziadka, ale co więcej? – utonęło w mej sklerozie.

Pytania, uwagi, komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.