Było jutro

Jechali przez miasto maleńkim tico Marcina, w którym podpierał on  kierownicę kolanami, a na progach zwalniających na Kilińskiego ryzykował uderzeniem głową w podsufitkę.  To był jeden z ich paradoksów – student podwożący wykładowcę – ale Krystian nigdy nie zrobił prawa jazdy. Nie zrobił też wielu innych rzeczy, bo bał się nieciągłości, jakie wywoła jego zniknięcie. Wciąż zakładał, że kiedyś wróci, choć z roku na rok coraz rzadziej rozmyślał o tym, kiedy to nastąpi. Już nawet zaglądający raz na rok ludzie z instytutu, próbujący, jego zdaniem bezskutecznie, wmieszać się w tłum na winobraniu, przestali go o to pytać i spotkania stały się krótkimi, pozbawionymi plotek wymianami informacji o jego badaniach, o postępach w buforowaniu i nic więcej.

– Pójdziesz tam?

Jeszcze zanim wyszli z liceum, w którym Marcin dzielnie praktykował przez pierwszy powakacyjny miesiąc, Krystian pokazał mu listy. Oba.

– Nie wiem – odparł i potarł oczy.

– Będziesz dalej zgrywał, że nic nie wiesz? – Marcin nie ustępował. – Bo wiesz, wydają się dość uparci i przekonani, że mają rację z tym kim jesteś i skąd… z kiedy jesteś. – Mrugnął porozumiewawczo okiem, czego Krystian nie skomentował. Patrzył przed siebie, na drogę, którą już znał, która nie zmieniła ostatnio i nie miała za szybko zmienić. – No i to nazwisko. Twój kontakt powinien znowu być na winobraniu, o czym też zdaje się wiedzą, więc jak?

Skręcili w Kożuchowską.

– Przedstawisz ich sobie i niech się sami martwią? W ogóle, kontakt brzmi jak z jakiegoś filmu – Marcin mówił nieprzerwanym potokiem słów, a Krystian słuchał w milczeniu.

Próbował sobie przypomnieć, kto go w ostatnich latach odwiedził. Przeliczyć ile czasu minęło w przyszłości od chwili, gdy zjechał. Półtorej roku? Bliżej dwóch? Nie był pewien i irytowało go to, szarpało cierpliwością i tak mocno nadwyrężoną przez nieprzespaną noc. Dla niego minęło dziewiętnaście lat, ale to nic nie znaczyło. Wygrzebywał z pamięci kolejne imiona, rozmowy przeprowadzone na rynku, w cieniu sukiennic lub na spacerze parkiem tysiąclecia, starał się odtworzyć zapomniane słowa, bo ktoś z nich musiał spotkać się z autorami listów i opowiedzieć im za dużo. Może zrobił to pijany, może zaćmiło go, a może uważał to za zabawne, a oni zamiast wziąć go za wariata, uwierzyli. I w to, że jest w przyszłości, i w bańki temporalne, i w prawo Lansiera, a przede wszystkim w niego samego – w Krystiana Zawadę – i go znaleźli.

Przyszłość, jakkolwiek dobra i z naszego punktu widzenia optymistyczna, mogłaby być przecież lepsza. Zdawanie się na ślepy los jest z gruntu naiwne, żeby nie napisać, że prymitywne.

Prześladowały go te dwa zdania z drugiego listu. Nie pozwalały się skupić, atakowały myśli ilekroć widział reklamę choć marginalnie odwołującą się do przyszłości. Całą noc próbował wskazać palcem kogoś, kto mógłby takie poglądy podzielać, ale nie znalazł. Nie, po prostu nie, ale…

– W ogóle nie macie tam jakiś testów weryfikujących kto może skoczyć? – Marcin wydawał się podekscytowany. – Szkolenia, lata przygotowań w tajnych placówkach. Białe ściany, pokoje bez okien, znajdujące się dziesięć pięter pod ziemią? – Rozkręcał się, przed oczami miał fragmenty filmów, grafik, książek i komiksów. – Tysiące podań, uzasadnień badań, jakie na nas przeprowadzicie, zaświadczeń, egzaminów, symulacji?

– Nie – Krystian zatrzymał go. – Skręć do centrum.

W pierwszych latach odwiedzały go w kółko te same osoby, ale w pewnym momencie zaczęli zjawiać się dalsi znajomi, współpracownicy, krewni i znajomi królika, zupełnie jakby byli odległą rodziną sprawdzającą jak się tu urządził i przy okazji zabierali paczki informacji dla historyków, rekreacjonistów i fizyków. Niektórych z nich znał słabo.

*

– Nie, nie mamy – w głosie Krystiana słychać było rozbawienie, które nie przystawało do sytuacji w jakiej się znalazł.  – Ty ciągle widzisz to tak, jak pokazują w obecnych filmach. Kontrolowane podróże, może jakiś urząd sprawujący nad nimi pieczę, może wręcz policja, ale niczego takiego nie ma. – Trochę kpił i przebijało to z tonu jego głosu, ale równie dobrze mogło być wzięte za belferską manierę. Nie myślał o tym. – Podróże w czasie jako takie nadal są science fiction, a Thalloris to ewenement, jednostkowy przypadek, bo nikt nie zdecyduje się stworzyć takiego miejsca po raz drugi.

Nie dodał, że stworzyli CALLIS przypadkiem, że nie zamierzali, że to miało być coś zupełnie innego, a potem zdarzył się wypadek. Tragiczny wypadek, który na wiele lat praktycznie starł miasto z powierzchni ziemi i nikt nie wiedział co z niego zostanie, gdy za naście lat uspokoi się thallorialne pandemonium. Wypadek, który naruszył niezależność konstruktu czasoprzestrzennego rzeczywistości i umożliwił te zjazdy w przeszłość, ale mieli więcej szczęścia niż rozumu, że tylko na tak małym obszarze zarówno w przestrzeni i czasie. Mogło być o wiele gorzej i tak absolutnie nie rozumieli fizyki stojącej za katastrofą, że nie odważono się próbować po raz drugi.

Marcin słuchał go z nieco zawiedzionym wyrazem twarzy i jasnym było, że próbuje sobie stworzyć w oparciu o to wizję przyszłości, a efekt nie bardzo mu się podoba.

– Ryzyko zawitania przed rok 1669, gdy odgórnie zakazano na terenie całego kraju skazywania na śmierć w procesach o czary i w końcu nawet w Zielonej Górze musiano tego zaprzestać. To ryzyko niewpasowania się w otoczenie i śmierci, zniechęca wielu nawet do takich zjazdów, żeby ze mną porozmawiać. Nie wszystkich, ale sporo, bo to nie jest ryzyko wyssane z palca. Owszem, większość skazanych była jak najbardziej z wtedy, ale pewnikiem fakt, że wymierzano tu tę karę nawet wtedy, gdy w reszcie kraju jej zaniechano, jest związany ze zjeżdżającymi z przyszłości. Kilku złapano, to wystarczyło, aby strach się utrzymał.

Marcin nie wtrącał się w ten pełen przerw monolog, bo wtedy Krystian przerwałby i już do tematu nie wrocił. Zawada niechętnie mówił o przyszłości, a jeśli to robił, to tylko gdy się zamyślił i bardziej sam sobie wyjaśniał niż jemu. Zupełnie to Marcinowi nie przeszkadzało. Był posłusznym studentem, który do perfekcji opanował kiwanie głową na wykładach. Nieważne jak nudnych.

Opowieści Krystiana nudne nie były.

– Ludzie naprawdę wolą czytać o historii niż umierać w niej. Wszystko brzmi pięknie w teorii, ale… Nie było mnie tam jakiś czas, nie wiem jak to się obecnie rysuje, ale takie rzeczy raczej nie zmieniają się zbyt szybko, więc nie ma przesadnie wielu chętnych, w których można by przebierać jak w ulęgałkach. Poza tym zjechać w ten sam okres raz wystarczy większości. Dzień lub trzy tutaj i swoje widzieli. Dlatego oni – i przy tym słowie całe rozbawienie z jego głosu znikło, cały zapał, z jakim wyjaśniał ulotnił się i ton jego stał się suchy i przepełniony zrezygnowaniem. – Potrzebują mojej pomocy, bo nie wiedzą kto się pojawi. Nie rozpoznają go, ani on ich, ale coś ma dla nich mieć.

Coś wydawało się kluczem, ale nie miał pomysłu, co by to mogło być. Jaki przyrząd, narzędzie z przyszłości mogłoby okazać się im potrzebne teraz, żeby przeprowadzić plan? Marcin mu nie pomagał, sypiąc anegdotkami z Powrotu do przeszłości, Terminatora i 12 małp. Wręcz irytował i na swoje szczęście w porę zdał sobie z tego sprawę. Zamilkł i dłuższą chwilę spędził na metodycznym pochłanianiu posiłku. Odezwał się dopiero, gdy na talerzu nie zostało mu już nic.

*

Trzeci list leżał na stole, przy którym od dawna nie spożywano posiłków, bo Krystian zaanektował go na swoje notatki. Na mapy, zdjęcia, wydruki długich artykułów często zdających się nie mieć ze sobą związku. Teraz one wszystkie cieśniły się na jednej połowie, a list, dwa kubki i paczka niedojedzonych draży władały drugą. Koperta znowu była bezpłciowa, znowu zaadresowana na Horosztyńskiego i pozbawiona informacji o nadawcy. Znalazł ją w skrzynce pocztowej i omal nie wziął za reklamę. Treść stanowiła permutację poprzednich wiadomości. Prośba, wizja, groźba, nadzieja.

Proszę pomyśleć o córce.

– Myślisz, że serio mogą coś zrobić Adze?

Marcin pierwszy raz zabrzmiał na naprawdę przejętego.

– Ty mi powiedz. To twoje czasy pełne szaleńców.

– Czasy jak czasy – prychnął. – Czuję się jak w filmie. Jakaś organizacja chce stworzyć przyszłość idealną, znajdują na to sposób, ale jest tuż poza ich zasięgiem. Potrzebują pomocy i za wszelką cenę ją zdobędą, bo przecież chodzi o przyszłość miliardów, więc jednostka jest składana w ofierze dla lepszego jutro. Jestem pewien, że ktoś to już napisał lub nakręcił, tylko w rolach głównych byli przystojniejsi faceci, a czarny ginął pierwszy. – Zaśmiał się, ale szybko spoważniał. – A nie możesz zjechać niżej, przyłapać takiego, jak ci podrzuca list, przyprzeć do ściany i zastraszyć… – Zmierzył Krystiana wzrokiem. – No może nie przyprzeć, do tego niespecjalnie masz warunki – poprawił się, bo poza wzrostem Krystian był według niego poniżej wszelkich norm, które powinien spełniać potencjalny napastnik. – Ale zastraszyć umiesz. Pierwszoroczniaki mogą zaświadczyć.

– Bycie podwójnie w tym samym okresie czasu jest…

– To podjechać na chwilę na swoje piętro i powiedzieć, że jest problem, bo ktoś coś stamtąd szmugluje tu, a potem wrócić w kilka minut po zniknięciu i żyć dalej? Bo szmugluje, co nie? Chyba nie można sobie nie wiadomo czego tak wozić. Ja nie twierdzę, że to będzie od razu bomba neutronowa w wersji trzy zero, ale na pewno coś pomocnego, czego ci tutaj nie mają, co nie? Sam to już przyznałeś. I to zagraża w sumie istnieniu tych tam, więc w ich interesie jest coś z tym zrobić, prawda?

– Jeśli wrócę do T0, to szanse, że Agnieszka zniknie jakby jej nigdy nie było, ciągle są bardzo wysokie. Sześćdziesiąt procent. Może więcej, nie mogę tego tu dokładnie przeliczyć. Spadną znacząco jak się ustatkuje, będzie mieć dzieci. Wtedy może… Ale nie wiem na pewno. Nikt tego nie sprawdzał i mam jedynie teorie, a eksperymentować na Adze…

– Więc pójdziesz.

Przytaknął.

– Idę z tobą. Aga by mnie zabiła, jakby coś ci się stało, a ja bym na to ot tak pozwolił, więc nawet nie protestuj.

*

Krystian założyłby się, że Marcin byłby zawiedziony otaczającą ich scenerią, gdyby tylko mógł ją zobaczyć. Ale nie mógł, bo leżał nieprzytomny kilka metrów obok plastikowego kompletu mebli ogrodowych. Stół był nieco sczerniały, krzesła zmatowiałe, długa ławka zaś za niska, ale Lubierskiemu zdawało się to nie przeszkadzać. Siedział na niej, nogi wyciągnąwszy przed siebie i skrzyżowawszy w kostkach, i patrzył na Krystiana z dołu. Nie wyglądał jak ten zły z filmów. Nie pasował, a jednak Krystian nie wątpił, że to on pisał listy tym niemal technicznym pismem. To przebijało z pewności ruchów, gdy nalewał wody do szklanek, gdy wyłączał telefon i poprawiał okulary przeciwsłoneczne.

– Na pewno pan rozumie korzyści takiej inżynierii, planowanego rozwoju ludzkości.

Znajdowali się wśród ogródków działkowych. Nie tu mieli się spotkać, ale tu ich przewieziono zanim w ogóle podjęto rozmowę, która zaczęła się od pełnego ulgi nareszcie.

Nareszcie, bo do dwóch spotkań nie doszło.

Nareszcie, bo winobranie zaczynało się już jutro.

– Nie da się prowadzić inżynierii tego typu – powtórzył coraz bardziej zirytowany. – Zmienicie coś teraz, to już możecie nie dostać feedbacku, bo wasz kontakt nigdy się nie urodzi, a nawet jeśli, to może mieć inne poglądy. To prawie jak paradoks dziadka. Znacie go przecież. Przy zjazdach wstecz jest element bańki temporalnej, którym czasoprzestrzeń broni się przed zniekształceniem, odcina na dłuższą metę zjeżdżającego od poziomu na jaki zjechał, ale wy chcecie odciąć się jako cały świat! A to wygeneruje nową przyszłość i wymaże starą, albo stworzy wszechświat równoległy, ale mowy nie ma o feedbacku, pozwalającym na zweryfikowanie, korektę…

Lubierskiemu uśmiech nie schodził z twarzy i Krystianowi przypomniały się te wszystkie wizje i pytania Marcina, które czasami go bawiły, czasami sprawiały, że wywracał oczami, niekiedy, rzadko, irytowały. Mina Lubierskiego sprawiła za to, że nóż mu się otwierał w kieszeni. Nie jakiś tam kozik, ale cieniutkie ostrze, zmieniające ranę w rozrastającą się plamę spalonej tkanki, której smród był jednym z najokropniejszych, jakie poznał. Takich noży tu nie mieli. Nawet w przyszłości stanowiły raczej niespotykaną broń, a on sam wolał nie wspominać okoliczności, w jakich je poznał, ale w tej jednej chwili chciał go mieć.

Zacisnął dłoń w pięść, aż poczuł jak paznokcie wbijają mu się w skórę.

Bolało.

– Jedyne o co prosimy, panie Horosztyński, to pomoc w odnalezieniu kontaktu i przekazaniu nam paczki, którą będzie miał zapewne dla pana. Nieważne kto to będzie – Lubierski tłumaczył mu powoli po raz czwarty, czego oczekuje. Nie szukał synonimów, nie układał nowych zdań, czasami tylko zmieniał szyk, jakby konkretne sformułowania wyryto mu na sztywno w pamięci. Tylko że nie wyryto. To była zakazana technologia, która jeszcze nie powstała. – Naprawdę włos mu z głowy nie spadnie. Pana córce również. Chodzi tylko o przesyłkę. Nie musi się pan obawiać o siebie, chroni pana bańka, pan to wie, ja to wiem. I nic tam na pana nie czeka, prawda? Żadna narzeczona, ukochani krewni.

Zamilkł i Krystian czuł,  że powinien zapytać skąd to wie? Hasło, odzew, na wieki wieków – amen. Lubierski czekał. Uśmiechał się i patrzył, jakby się zaciął. Nie mógł ruszyć dalej, póki nie padnie komenda.

Przy obdrapanej altanie Marcin dochodził do siebie. Stęknął, czym zaburzył ciszę. Zniszczył napisany scenariusz i zakłócił realizację starannie przygotowanego planu, który uwzględniał wiele zdarzeń losowych i przeszkód, ale nie jego.

– Jeśli pan będzie chciał, to potem wszystko panu jasno objaśnimy – odezwał się Lubierski tym samym miękkim i spokojnym tonem, a Krystian w końcu znalazł dla niego nazwę. Mentorski. Nawet nie belferski, ale jak u pielgrzyma pośród nierozumnych. – Będzie to nawet dla nas zaszczytem, jeśli wspomoże nas pan swoją wiedzą. Może się pan uważać za średniej klasy naukowca, ale to było tam. Za pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Teraz pana wiedza to geniusz w najczystszej postaci. – Nie słychać było w jego głosie podekscytowania ani zachwytu, choć malowały mu się one na twarzy. – Proszę dać nam szansę? Nie pożałuje pan. Gwarantujemy. Wielu już próbowało stworzyć przyszłość idealną, ale dzięki panu my możemy to zrobić pokojowo. Nikt nie zginie.

Chciał wybuchnąć śmiechem, ale się opanował, choć drżał cały. To było bez sensu. Cztery razy już wytłumaczył, że nie mogą tak sobie korygować jak chcą, bo po prostu szybko stracą feedback i to wszystko jest bez sensu. Nie wiedział jak inaczej powiedzieć im, że bez planu, potężnej analizy zachowań ludzi, rozwoju nauki, ekonomii i klimatu, wszystkich maleńkich składowych rzeczywistości, do jakiej ich komputery po prostu się nie nadawały, nie mieli szans, bo feedback, na który liczyli nie będzie miał miejsca. Byli naiwni jak Marcin i pierwszy raz od dawna poczuł obrzydzenie na myśl o ich zacofaniu. A Lubierski mówił i mówił.

– Nic pan nie ryzykuje, a pomoże pan tworzyć lepsze jutro. Przecież chce pan, aby pana córce żyło się dobrze i lepiej ode mnie wie, jakie burze i zawieruchy będą targać jej światem. To jak będzie? – Na chwilę przestał się uśmiechać i obrócił w palcach telefon. – Jedno słowo i będzie bezpieczna. Będzie mogła pojechać na wymarzony wyjazd z przyjaciółmi, a potem na uniwersytet.

Krystian wzdrygnął się, poderwał z miejsca i dwóch towarzyszy Lubierskiego, krępych, schludnych, ale o nieprzyjemnych twarzach, od razu do niego doskoczyło.

–  Obiecuję. Jest młoda, ma tyle życia przed sobą. Jest naszą przyszłością. Moją – zaśmiał się ani chybi rozbawiony paradoksem kryjącym się w pierwszym stwierdzeniu. – Możemy o nią dbać, zagwarantować jej przyszłość, dzięki której spotkacie się kiedyś po raz drugi. Jak to będzie poznać własną córkę samemu będąc od niej tyle lat młodszym? Takie możliwości i naprawdę nikogo to nie kusi?

– Nie da się być dwa razy w tym samym czasie – Marcin wymamrotał niewyraźnie.

Na chwilę na nim skupiła się uwaga wszystkich. Nieudolnie próbował wstać, ale kiwał się, nie mógł złapać równowagi. W końcu usiadł jak szmaciana lalka i spojrzał spode łba na Lubierskiego. Temu z gardła wyrwało się krótkie och.

– W takim razie jej pan nie spotka, ale chroni pana bańka, więc tu dożyje pan starości, a tam po prostu się nie urodzi. Piękny paradoks, prawda?

Przytaknął.

Odruchowo.

– Więc rozumiem, że pozostaniemy w kontakcie.

Będziemy obserwować pozostało w niedomówieniu.

Pytania, uwagi, komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.