Opowiadania na blogu


 

Nie posiadam czytnika obsługującego pliki epub, więc nie za bardzo miałam jak nauczyć się i poeksperymentować z ich tworzeniem. Polecam po prostu konwertowanie mobi przez Calibre.

„Patrz, Milenko”

Takie nieco dłuższe coś, trochę straszak. :)

Milenka patrzy na mnie. Tak bardzo patrzy, że nie mogę odwrócić wzroku od lustra, w którym odbija się jej twarz, taka ładna, gładka, pozbawiona zmarszczek i bez cieni pod oczami, czego o mojej powiedzieć się nie da.

Ile nie spałem?

Nie wiem i niczego dobrego to nie wróży, ale jak mam spać? Tu, w tym pięknym mieszkaniu, w którym wszystko miało być jak ze snu i jest w sumie, więc czemu ja w ogóle narzekam? Że mi się kategoria snu nie podoba? Wybredny się znalazł! A to przecież jak z prostokątami i kwadratami. Każdy koszmar jest snem, ale nie każdy sen koszmarem, co nie?

Litości. Proszę. Niech mnie ktoś zabije, bo jestem tchórzem i sam nie dam rady.

A Milenka patrzy.

Jej twarz nie wyraża niczego. Idealna maska pośmiertna i… Nie! Wcale się nie zaśmiałem. Może trochę, ale nie tak. Nie w ten sposób. To był przebłysk szaleństwa, niestety trwał tylko chwilę, a szkoda. Wielka szkoda, bo takie dobre szaleństwo i pokój bez klamek byłyby błogosławieństwem.
Odwróciłem wzrok i poszła. Pojęcia nie mam dokąd, bo w lustrze widać tylko kawałek łazienki i nie wiem, czy reszta mieszkania wygląda tam tak samo. Próbuję zajrzeć za krawędź.

EPUB | MOBI | ON-LINE

„Uczucie samotności”

Short na wyzwanie ogłoszone na powiesciologia.pl :)

Szum wypełniał mózg, wypierał z niego wszystkie sensowne myśli, szatkował je z każdym obrotem śmigieł od przeszło dwudziestu minut. Poza nim pozostawało niewiele. Kilka depresyjnych refleksji, które należało zakopać, spuścić przez kilometry zimnego powietrza, ale one z uporem godnym lepszej sprawy trzymały się Kamili. Wynurzały z chmur w dole, wyzierały z gazetki wciśniętej w kieszeń fotela. Nawet z regulaminowego Prince Polo spoglądały na nią refleksje przystrojone we wspomnienia.

Odetchnęła.

EPUB | MOBI | ON-LINE

„Było Jutro”

Opowiadanie z antologii „Fantazje Zielonogórskie” tom piąty.

 

Nie lubił wracać o tej porze. Było za późno, żeby ostatni imprezowicze niepewnym krokiem sunęli do domów i za wcześnie, aby zaspani pracownicy pierwszej zmiany cicho przemykali między blokami. O tej godzinie nawet pociągi nie przejeżdżały przez Zieloną Górę i cisza wierciła w uszach. Własne kroki rozlegały się zdecydowanie zbyt głośno, a każdy szelest rozbrzmiewał nienaturalnie i niepokojąco. Nie wiało. Niebo było ciemne. Gwiaździste i bezksiężycowe. Bloki osiedla Pomorskiego spoglądały na Krystiana Zawadę czarnymi oczami okien, w których nie odbijało się nic, jakby niczego przed nimi i za nimi nie było. Ani jutro, ani wczoraj, tylko ulotne tu i teraz.

Carpe diem!

Zaśmiał się.

Idąc starał się ignorować pojawiający się niekiedy nieprzyjemny swąd. Nie było go tu. Swądu. Nie teraz. Był pod koniec XVIII wieku – Krystian czytał o tym jeszcze zanim zdecydował się zjechać w czasie, bo nie mieli stuprocentowej pewności do kiedy trafi; zawsze istniało ryzyko. Już będąc tutaj próbował zrozumieć, dlaczego akurat tamte lata przebijają najwyraźniej? Czemu nie jakieś inne? Przyjemniejsze. Złośliwość losu wydawała się równie dobrą teorią jak niejednorodność memów, wpływ obecnej świadomości i pamięci, na stan poprzednich warstw. Chciał to przeliczyć, sprawdzić, ale tu nie było jeszcze komputera i języka, który by temu podołał.

Przeciął trawnik. Miał wrażenie, że nabot lśni w ciemności i blask ten próbuje go dogonić. Złapać za piętę.

epub | mobi | on-line

Dla plików mobi i epub polecam użyć opcji „zapisz jako”,
gdyby przeglądarka się buntowała :)

„Panna Biała”

Droga wspinała się stromo pod górę. Jasnoszara kostka gwałtownie przechodziła w asfalt na pierwszym wypłaszczeniu – tu znajdował się parking poznaczony głębokimi dziurami, jakby ktoś strzelał do drogi. Dalej stromy podjazd nurkował między drzewa, zakręcał przy domu ukrytym za rododendronami i po kilkudziesięciu metrach znikał. Asfalt rwał się i chował pod warstwą ziemi, a zielono-biały szlaban tarasował przejazd. Ale iść można było. Można też było wcześniej skręcić między drzewa, przejść pomiędzy nimi i dotrzeć do drogi drwali, mniej uczęszczanej, a również dochodzącej do głównego szlaku. Idąc po miękkiej trawie, uważając na czające się tam kamienie i spoglądając pomiędzy drzewami ku niebu, można było się zasłuchać w szum wiatru wśród liści czy może raczej liści na wietrze. Ten dźwięk zawsze wydawał się mu kojący. Zupełnie inny od szumu morza za wydmą.

epub | mobi | on-line

Dla plików mobi i epub polecam użyć opcji „zapisz jako”,
gdyby przeglądarka się buntowała :)

 

Zapisz

Zapisz

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: