Geostorm i oż, co tam się nie działo


Chyba obejrzałam film, którego scenariusz powstał jako NaNo. Ale tak totalnie i absolutnie, i teraz będę szła przez mękę, aby nie wylać tu całego wiadra spoilerów. A to nie takie proste, bo fabularna koncepcja i subtelność tego filmu ma w sobie coś z szyny tramwajowej. I nikt chyba się nie spodziewał wybitnej głębi, po filmie katastroficznym, jakim jest Geostorm, ale… Ale…

Bezpieczny rys fabularny

…jeśli ktoś się jeszcze o trailer nie potknął

Nie obejrzałam trailera przed zobaczeniem filmu w kinie. Słuchając muzyczki w tle mam wrażenie, że nawet twórcy w pewnym moencie przestali traktować swoje działo na serio. xD Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Był sobie rok 2019, działalność ludzka sprawiła, że klimat dostał totalnego hopla. Huragany, susze, powodzie → czego by nie wymieniać, to pewnikiem się zdarzyło. Wobec takiej katastrofy ludzkość się zjednoczyła, powstał zespół naukowców, który stworzył siec satelitów meteo kontrolujących pogodę – Holendra – i znów żyło się spokojnie. Ale nic co pięknie, nie trwa wiecznie, bo w roku 2022 na środku pustyni w Afganistanie powstaje wyspa lodu, ginie trzysta osób, a wszystko dlatego, że jeden z afgańskich satelitów miał awarię i zrobił coś czego nie powinien. A to dopiero początek… ta da da dam.

Mniej bezpieczny rys fabularny i tytułowy geostorm

…jeszcze bez spoilerów… walczę… (←jeszcze jeden dramatyczny wielokropek, nadal będzie bardziej dramatycznie niż w Geostorm)

Wiadomo, że nic przypadkiem się nie dzieje. Nie w filmach, a zatem Ameryki nie odkryję, gdy powiem, że oczywiście to nie była taka sobie awaria a spisek wielki, mający bardzo konkretny cel: geostorm. Czym jest geostorm? Światoburzą? Światohuraganem? Trochę nie dziwię się, że ktoś uznał za bezsensowną próbę przetłumaczenia tego tytułu. Poza tym mniejsza z większym o nazwy, przecież dla filmu (bo ja tu mam odmienne zdanie), liczy się to, że odpowiednia kombinacja różnych anomalii pogodowych na świecie (sztormik tu, mega upał tam) wywoła serię burz, które potem będą wywoływały kolejne burze i będzie ogólnoświatowa burza i nic jej nie zatrzyma. Nasi dzielni bohaterowie muszą zapobiec zagładzie.

Takie Pojutrze, tylko kierowane ręką ludzką, a nie jakimś cyklicznym zjawiskiem naturalnym. Czyli do znanego już konfliktu rodzic-dziecko oraz animacji katastrof naturalnych dorzucamy jeszcze wątek polityczno-spiskowy, więc jest akcja do kwadratu. Doprawiamy jeszcze jednym konfliktem rodzinnym na drugą nóżkę, dostawiamy dwa romanse i jest majstersztyk. Przecież to musiało się udać.

Figurki na planszy

…znaczy bohaterowie

Ten i brat tego, i córka, i love intrest nr jeden, love intrest nr dwa, Francuz, Meksykanin, computer geek… każcie mi o którymkolwiek powiedzieć więcej niż jedno, półtorej zdania, a wymięknę. Ich charaktery nie zmieściły się w filmie. Jeszcze pierwsza, główna dwójka, to jakoś dała rade, bo konflikt między nimi przesączał się do głównego wątku i przez to miał nieco więcej miejsca, ale reszta…

Z całej pomocniczej bandy zapamiętuje się Hernandeza, a to jakoś głównie przez jego ostatnią kwestię, gdy to odratowuje naszego amerykańskiego bohatera i rzuca radośnie tekstem, żeby tamten nie zapomniał podziękować Meksykowi. To chyba była próba wrzucenia w film czegoś odwołującego się do obecnej sytuacji politycznej i uczynienia go… bardziej związanym ze współczesnością… z perspektywy wydarzeń za cirka pięć lat.

Nie należy w tym grzebać za głęboko.

Prawdą jednak będzie, że jakikolwiek rozwój postaci praktycznie w tym filmie nie istnieje, a przywiązanie się do któregokolwiek z bohaterów wymaga uporu (powiedziałabym, że jest niemożliwe, ale zostawiam miejsca na cuda, bo ten film lubi cuda). To nie są ludzie. To są figury, ekwiwalenty zadań potrzebne do tyrpnięcia wydarzeń we wskazanym kierunku. To że komuś co trzecią scenę szklą się oczy, jeszcze nie oznacza że reprezentuje sobą jakąś głębię emocjonalną.

Obrazki

I tu jest clue mojego oglądania Geostorm –  to jest saj-faj katastroficzny, więc na ekranie się dzieje wizualnie (powiedzmy), a ja to jeszcze widziałam w IMAXie. Było to też moje pierwsze spotkanie z IMAXem, wiec pewne rzeczy robiły na mnie większe wrażenie niż może powinny, a i tak się toto nie obroniło do końca. Podbała mi się stacja i cały Holender, tak wielka fala, pioruny i faworyzowane przez film ściany mrozu (dyfuzja, kuźwa, dyfuzja i spółka mamrocze pod nosem) też wyglądały niczego sobie za pierwszym razem. Za drugim może… ale w pewnym momencie robi się ich za dużo, bo tak, ja już zrozumiałam skalę anomalii i to, jak potężna jest cała instalacja pogodowa wokół ziemi, jeśli dostanie się w złe ręce. I tak, te sceny są widowiskowe, ale skoro już zrozumiałam zagrożenie, to one fabularnie nic nie wnoszą i można by ten czas lepiej zagospodarować.

Światełka w ciemności

Jest kilka światełek w ciemności, drobiazgów, które zapamiętałam  cieplej. Był Hernandez (więcej czemu go wspominam ciepło jest w części spoilerowej). Relacja głównego bohatera z córką wypadła OK, ale, z drugiej strony, to nie była trudna relacja, więc nie wiem, czy powinnam plusować to, że wyszła przekonująco. Poza tym… a mniejsza  to. Postać Dany, grana przez Zazie Beetz i fakt, że nie z każdego komputera dało się włamać w każde miejsce. Małe, ale kuźwa cieszy. Pewien urok miało kilka dialogów, przy których się szczerze roześmiałam, ale nadal jest tego mało, bo przeraźliwie wyraźnymi w mojej pamięci są chwile, gdy patrzyłam na ekran i myślałam sobie: o, znowu jakaś anomalia, ciekawe czy mam zasięg w telefonie, ale pewnie nie, bo mój telefon i zasięg to się średnio lubią, ale co tam, sprawdzę.

Czy Geostorm to fim zły?

Największym problemem Geostorm jest to, że jest nudny. Koszmarnie i absolutnie nudny, i żadna ilość scen z walącymi się budynkami, ścianami mrozu, spadającymi samolotami i falami gargantuicznej wysokości nie jest w stanie tego zmienić. Gro posunięć bohaterów jest przewidywalne. Ledwie podejmują decyzję, a już jest w sumie oczywistym jaką czkawką odbije im się to w niedalekiej przyszłości. Tyczy się to posunięć bohaterów (o tym niżej, w części spoilerowej), jaki i na przykład nachalności, z jaką film próbuje przekonać widza, że o ten jest zły, o ten (finezji w tym tyle, że trzeba być bardzo naiwnym, aby się na to nabrać).

Złe filmy mogą cieszyć. Geostorm nudzi i sprawia, że cieplej myśli się o Pojutrzu.

Znaczy cieszy, ale dopiero gdy dobiera się do niego jako do tworu literackiego i zaczyna rozgrzebywać ciąg wydarzeń, przyczyny i skutki. Oglądanie go tej radości nie daje…

 

 

Podsumowując w pięciu słowach: może już lepiej obejrzeć Pojutrze?

 

 


 

Podziękowania dla Mileny (Smiley Project), Juliana i Radka z Bród z Kosmosu i Ichaboda za uczynienie wstępnego PTSD po tym filmie łagodniejszym. Słuchanie was było cudowne. Julianie, nie umieraj. xD

 


 

Tu można zakończyć czytanie. Dalej zaczyna się obgryzanie mięska i spoilery.

Sekcja dla tych co widzieli lub widzieć nie zamierzają

…spoilery, dużo spoilerów jak na giełdzie samochodowej

Czyli to co w tym tworze najlepsze: próba zrozumienia co twórcy mieli na myśli, ale im nie wyszło, i rozbijanie ściany głową. To taka lekcja z inżynierii wstecznej dla tych co tworzą fabuły, czyli poniekąd i dla mnie. Kłóćcie się ze mną lub dodawajcie momenty z filmu, o których zapomniałam. Albo róbcie obie te rzeczy. :D

 

Black Hole Plot

Najgorsze, co można zrobić, to tak jak ja, zacząć o tym filmie myśleć. Im dłużej się myśli, tym bardziej się człowiek zapada w bagno i potem pisze taki artykuł na bloga, w którym nie miało być spoilerów, ale, jak wyżej, uwaga, cała giełda samochodowa spoilerów rozwałkowanych imperatywem fabularnym i próbami zrozumienia, czy to w ogóle miało szansę się udać.

To boldly go, where…

Wiecie, zakładając, że macie do zrobienia jakąś niebezpieczną, ale nie wymagająca jakiś specjalnych skilli rzecz, to kogo poślecie do jej zrobienia? Kogokolwiek, kto posiada podstawowe umiejętności, aby sobie poradzić, czy dwie najważniejsze osoby w całym zespole.

I tak, zgadnijmy, czy akcja przebiegła bez komplikacji… jeny, kogo ja tu próbuję nabrać.

Oczywiście, że musiało się coś po drodze skopać, surprajs, surprajs. Jakby jaśnie Imperatyw Fabularny tu nie zadziałał, to byłoby to miejsce już w pierwszej ćwiartce filmu, gdzie wszystko mogłoby się skończy.

Ogólnoświatowa burza, termodynamika i w ogóle fizyka jest taka fuj

A zatem źli chcą wywołać ogolnoświatową burzę, aby, przepraszam, Make America Great Again, poprzez zniszczenie, pogrążenie innych gospodarek. Czynią z Holendra broń i muahahahahaha… … …

Tu nawet pisząc o tym spłakałam się przy jednoczesnym krztuszeniu się śmiechem, bo o ile celem nie było tu zniszczenie całego świata, to nasi źli strzelają sobie w stopę? Film nie bardzo próbuje wyjaśnić, jak chcieli oni coś na tym ugrać. Trochę tak, jakby na początku wymyślono geostorm jako coś wielkiego, strasznego i w ogóle, aby podnieść stawkę. A potem wymyślono motywacje tych złych i zapomniano, że to się tak troszeczkę nie zgrywa. Upssss…?

Poza tym całą ideą geostormu było to, że jak już się go wywoła, to się go nie zatrzyma, a jak się go nie zatrzyma, to jak niby chcieli ocalić USofA przed zagładą? I niby pada w jednym miejscu, że „najlepsze kawałki zachowamy”, ale już fizyki pod to film nie daje, więc biorę to raczej za bredzenie niedoinformowanego bohatera.

Mała uwaga: POGODA TAK NIE DZIAŁA

To nie tak, że satelita podgrzewa czy ochładza, czy coś w atmosferze i jest to absolutnie punktowe działanie. Jak satelita się wyłączy, to nie ma tak dobrze, że raz dwa i wszystko wraca do stanu zero. Jak podgrzało powietrze w kawałku Hongkongu, to zrobił się tam malutki wyż (malutki powierzchniowo), a to oznacza wiatr, czyli nie ma mowy o równej granicy anomalii. Poza tym ciepło się gromadzi. Nie zniknie tak o, jak kamfora i hurra. Tak jak zdjęcie garnka z wrzącą woda z gazu, nie sprawia, że rzeczona woda znów ma temperaturę kranówki. I jeszcze można by tłumaczyć to jakimś wpływem innych satelitów, przecież to sieć, ale w chwili jak wyłączyli wszystkie, to… oh well, pozostańmy przy tym, że kupy się to nie trzyma.

Poza tym geostorm to nakładające się na siebie wpływy niżów, wyżów itd. z tych pojednyczych, niewielkich anomalii. One nie mogą tak o sobie znikać.  Atmosfera, to… słów mi brakło. Niech Windy.com zademonstruje o co chodzi (ustawiłam, żeby pokazywało aktualny stan, więc nie wiem co komu pokaże, ale polecam zobaczyć sobie południe Afryki, tam zawsze jest ciekawie; to tyle tytułem dygresji).

 

Dysk!

Głównym wytrychem fabuły, który utwierdza naukowców w podejrzeniu, że to spisek, celowe działanie i w ogóle, jest holoramka na którą jeden z bohaterów na samym początku filmu zgrał coś z afgańskiego satelity (ściągali go na pokład do analizy, co się do prostytutki biedy spsuło). Bez tej holoramki jeszcze długo nasi dzielni naukowcy poruszaliby się w zupie przypuszczeń, a tak mieli w łapiętach dowód, że ktoś zawirusował satelitę.

Czego ja, jako widz, nie miałam, to cienia wyjaśnienia dlaczego, gdy nikt niczego nie podejrzewał, to Makmoud to zrobił, schował te holoramkę i w ogóle robiąc to przysłowiowo srał po gaciach ze strachu. To było tak podstawowe wydarzenie dla filmu, że zbycie tego zasugerowaniem, że ten znał tamtego, a tamten… Nie, serio, nie.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie

Rio jak po wielkim trzęsieniu ziemi. Dubaj zalany (znaczy woda zeszła z niego szybciej jak z mojej wanny, ale…). Hongkong tez jak po trzęsieniu ziemi. Tokio po mega gradobiciu. Orlando strzaskane piorunami. Generalnie strat w ludziach i infrastrukturze tyle, że odbudowa potrwa dekady, ale i tak film postanawia zakończyć się na optymistyczną, radosna nutę…

To Pojutrze miało tu więcej wyczucia niż Geostorm.

 

Potencjał, bo o plusach mówić trudno

To powiedziawszy film ma przebłyski. Takie cholerne zajączki puszczane lusterkiem na ścianę, gdy ktoś wymyślił coś niezłego, ale później oberwało to szyną przez łeb i utonęło w gąszczu.

Pan główny zły stwierdzający, że resetuje czas do 1945, kiedy to Stany Zjednoczone Ameryki były lśniącym diamentem

To nie jest zły pomysł, aby odwołać się do tego sentymentu. Zważywszy na to, co mówi i tweetuje prezydent Stanów Zjednoczonych obecnie, jakie nastroje temu towarzyszą, to jest to taki odpowiednik naszego polskiego wzdychania, nad wielkością Polski przed rozbiorami przemnożony przez fakt, że nie chodzi o wielkość sprzed trzech wieków, a sprzed kilkudziesięciu lat. O coś, co niektórzy jeszcze jak najbardziej pamiętają i nie potrzebują prozy wieszczów, aby to poznać.

Zrobienie z tego sentymentu motywacji dla „tego złego” trzyma się kupy, ale wyskoczyli z tym tak jak Filip z oceanu konopi, że czy to by był ten bohater czy tamten, każdemu by ten motyw pasował w takim samym stopniu, bo zabrakło jakiegoś powiązania motywu z charakterem postaci.

A, wróć, charaktery…

No tak.

Meksyk

Choć tekst o Meksyku pod koniec filmu był nieco z dupy, to był dobry. Czy twórcy chcieli nim osiągnąć coś więcej niż uśmiech na twarzach widzów – nie wiem, nie chcę wiedzieć. Podobało mi się te kilka sekund filmu. Dziękuję. Szkoda jednak, że nie było z nim czegoś więcej. Wywaliłabym cały wątek córki, żeby mieć więcej dynamiki między zespołem naukowym z Hernadezem w czołówce. Córka była fajna, ale presję „bo obiecałem jej, że wrócę z kosmosów cały” mógł wywierać ktoś inny. Tak, byłoby to trudniejsze do pokazania, ale nie mnożyłoby ledwie zarysowanych postaci. Serio. Nie warto kreować bytów dla pojedynczych zadań. A mogło być tak pięknie, gdyby się film na drobne nie rozmienił.

 

Uffffff

Jestem niemal pewna, że jakąś potężną dziurę fabularną przegapiłam i że mogłabym tu jeszcze kilka rzeczy omówić – śmiało: mówicie mi jakie. Rozbijanie gówna młotkiem ma pewne walory edukacyjne :)

 

 

Tagi: , ,
Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • DonBolano

    Fajnie się czyta! Wincyj!

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: