Strażnicy Galaktyki vol. 2 – bardzo sympatyczny film, ale…


Długo myślałam czy pisać ten wpis, czy dać sobie siana. Strażnicy Galaktyki vol. 2 do kin weszli ponad miesiąc temu. To szmat czasu gdy mówi się o filmach. Ba! Sama obejrzałam ich w pierwszy weekend maja, a tu czerwiec leci i wszyscy już wszystko chyba napisali, a ja skisłam, no ale… To był fajny film. To był cholernie fajny i nie żałuję kasy wydanej na bilety oraz czasu spędzonego w kinie. Ubawiłam się i uchachałam jak film długi, pełen zachwyt, co jednak nie zmienia faktu, że  subtelność w przemycaniu dość kluczowych elementów fabuły w scenariuszu przyprawiła mnie o kilka zmarszczek i z jeden faceplam. A w dodatku miesiąc po obejrzeniu ciągle mnie te rzeczy gnębią.

To powiedziawszy chcę powiedzieć, że to tu, to nie jest recenzja, nie jest nawet opinia czy refleksyja z głębi trzewi. Raczej rozkmina nad paroma punktami scenariusza, które tu jakoś dały radę, ale generalnie należy się ich obawiać.

 

A! będą spoilery. Takie se, ale będą.

 

Ostrzegałam.

A plot twist będzie tu a.k.a. sorry papa

Fabuła Strażników Galaktyki vol. 2 nie daje się nazwać intrygą pełną zwrotów akcji. Serio. Nope. Jak ktoś twierdzi inaczej, to… w sumie jego sprawa. Jak dla mnie zwrot akcji jest tam de facto jeden i taki w sumie, że się go można było spodziewać. Inaczej Peter nagle dostałaby takiego kopa mocy, że jakieś 80% całego uniwersum mogłoby mu radośnie naskoczyć i raczej żaden scenarzysta przy zdrowych zmysłach by się na to nie zdecydował.

Super zarąbiście silne postacie są trudne.

Cholernie łatwo je napisać, ale potem dochodzi się do ściany, czyli do przeciwnika. Ściana powinna być wyzwaniem dla naszego hero. Tylko że zbudowanie jej jest zbudowanie muru na granicy USofA i Meksyku. Prezydent Trump obiecuje, ale nie bardzo ma szanse się to udać. A skoro tak, to nie było szans, że boskie moce zostaną ze Peterem na dłużej, i piszę to ja, ta co nie zna komiksów. A stąd już prosty wniosek, że coś się w tym wątku musi wydarzyć i nieważne co nasi złotowłosi i złotoskórzy zrobią.

Pozostawało jedynie pytanie co takiego zrobi Ego.

No cóż. Dużo zrobił. Trza mu to oddać.

Czy się pali, czy się wali, powiedzieć coś trzeba

Czyli plot twist siedział przy Ego, nie przy złotkach, a reszta była radosną jazdą bez trzymanki i wysypem gagów czasami rozbijających się o te momenty, gdy serio trzeba było nieco więcej pokazać bohaterów. W przypadku Ego wyszedł klasyczny info dump i serio ktoś zaprojektował sobie korytarz tak, żeby pokazywał historię jego życia… OK. To Ego, Ego ma ego i tak, to w sumie miałoby rację bytu. Co nie zmienia faktu, że ta scena była dla mnie o jedną trzecią za długa.

Ale na Ego problem nagłej i mało spodziewanej wylewności bohaterów się nie kończy. I o ile na linii Peter – Gamorra to działało, bo oni generalnie mają sporo czasu ekranowego dla siebie i rozmawiają więcej, to gdzie indziej niekoniecznie.

Tu i tam nagle ktoś zaczynał się wybebeszać i nie bardzo wiadomo dlaczego. Na ciebie patrzę, Yondu. Ale nie tylko na ciebie. Generalnie fajne było, że ktoś coś powiedział. Fajne było to co powiedział, tylko że wyskakiwało to jak Filip z konopi. Zupełnie jakby coś przycięto, coś wycięto i została tylko ta jedna wypowiedź, która była niezbędna dla
a) kolejnej części,
b) małego chwycenia widowni za serducha,
i finalnie wychodziło to cokolwiek topornie. A szkoda, oj szkoda.

Gdy świat gra na korzyść bohaterów

I jest coś takiego jak fart/szczęście/dar od losu. Bardzo potrzebne każdemu, ale gdy kluczowym bohaterom udaje się przeżyć ponieważ rozpadająca się planeta rozpada się akurat tak, że w sumie pomaga się im uciec śmierci, to… No nie. Ja proszę. Bardzo ładnie proszę. Miałam takie dziwne i niefajne wrażenie, że ktoś czegoś nie przemyślał i ratował się jak mógł w nadziei, że poryw chwili i cały dramatyzm sceny zamaskują, jak bardzo to zatrzeszczało. A zatrzeszczało. Wyglądało fajnie i w ogóle, ale zatrzeszczało.

A teraz się pozachwycam, tak na deser

Strażnicy galaktyki vol. 2 to fajny film. Cholernie fajny film, na który można pójść samemu lub z przyjaciółmi i się dobrze bawić. Ciągle coś się dzieje, wizualnie jest pięknie, a muzyka… <3 Więc te czy inne zgrzyty toną w całości i wrażenia pozostają dobre. Ale jak się ma średni materiał, to już się takich rzeczy w nim nie utopi. Warto to mieć na uwadze tworząc :)

 

 

A! Czy tylko ja byłam zachwycona mimiką Pom Klementieff w roli Mantis? Cały film nie mogłam wyjść z podziwu nad jej grą twarzą. Mistrzostwo.

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Wydaje mi się, że ten gatunek filmu właśnie taki ma być i cały w nim urok :) Myślę, o tym, żeby za jakiś czas obejrzeć sobie na kanapie w celach czysto rozrywkowych z mężem oczywiście :)

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

. . .

Tru story of my life ;)

więcej komiksów Mileny czai się po drugiej stronie kliknięcia