Tradycyjnie, samodzielnie czy vanity publishing


Wrzuciłam sobie w wujka Google hasło jak wydać książkę, w nadziei znalezienia jakiejś ładnej infografiki i zwięzłego gryzienia się w krtań wszystkich możliwości. Pierwsza strona wyników składała z czterech reklam z czego dwie dotyczyły wydawnictw spod flagi vanity, jedna przekierowywała na inną wyszukiwarkę, a czwartą sponsorowało Ceneo i książka „Jak wydać książkę w Krainie Smoków”, która mogłaby być odpowiedzią na pytanie, które zadałam wujkowi, ale zrobiłaby to w pięćdziesięciu jeden stronach.

Spróbuję to nieco skondensować.

Wydawanie się

Z punktu widzenia czytelnika wygląda to jak powyżej. Z punktu widzenia autora czarna skrzynka zmienia wszystko.

Z grubsza tnąc opcje są trzy. Tak zwana opcja tradycyjna, po niej self-publishing, czasami tłumaczony na nasze jako samowydawanie, i ostatnimi czasy najbardziej kontrowersyjna forma (patrz apel Rafała Dębskiego w sprawie nagrody Zajdla w 2016 roku): vanity publishing, który w ogóle się nie tłumaczy ładnie na nasze, a szkoda, bo w nazwie modelu jest pies pogrzebany, ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Są jeszcze formy pośrednie między samowydawaniem a vanity, ale o tym dalej. Na tu i teraz potrzebna nam książka. Taka papierowa, bo e-booki, których stworzenie trwa niekiedy pięć minut, to bardzo, bardzo grząskie bagno i z jednej strony jest to self, z drugiej skomplikowanie procesu przypomina wstawienie posta na forum, a jak coś jest łatwo dostępne… Dobra, nie truję.

Póki co.

A teraz rozbijmy to w drobny mak

model tradycyjny
Tradycyjnie autor tworzy dzieło, dzieło na wyimaginowanych nogach idzie do wydawcy, wydawca oczarowany czyni je piękniejszym i wystawia za drzwi, robi promocyjny szum i dokłada starań, aby się książka sprzedała. Najtrudniejszym etapem jest tutaj napisanie czegoś tak dobrego i/lub na fali, żeby znalazł się na rynku wydawca, chcący w to zainwestować.

Jest to metoda powszechnie szanowana, uznawana i przynajmniej z zewnątrz zwykle wygląda cacy.

self-publishing
Self-publishing omija wydawnictwo, więc autor tworzy książkę, po czym przeistacza się w wydawcę. To na nim spoczywają teraz obowiązki związane z wypucowaniem książki na błysk i dotarciem z nią do czytelnika.

Zasadnicza różnica jest taka, że w tym modelu autorowi o wiele bardziej zależy na kasie, bo bardziej zabolała go inwestycja zarówno po kieszeni jak i więcej nerwów stracił. No i ja oczywiście optymistycznie zakładam, że ktoś faktycznie zapłaci komuś innemu, za redakcję, edycję itp. itd. etc. tak, jestem optymistyczną wierząca w ludzi kobietą. I tak, wiem, że cała masa self-publisherów po prostu wrzuca tekst w maszynkę do produkcji e-booków i tyla. A tu i tak ograniczam się w wywodzie do tych książek, które mają ISBN i jakąś dystrybucję, bo stworzenia pdf/mobi/epub i wrzucenia na bloga “wydaniem się” bym nie nazwała.

Mówiłam, że to bagno.

Vanity publishing

I na deser jest vanity.

Oh vanity! Tu już w nazwie jest coś nie tak. W modelu tradycyjnym wydawnictwo to po prostu wydawnictwo, czyli to coś co wydaje. W samowydawaniu w nazwie jasno widać, że coś się robi samemu, czyli bez kogoś, czyli bez wydawnictwa. Czyli albo oni, albo ja. No i tu wchodzi vanity. Vanity, które nie odnosi się w swojej nazwie do tego, kto finalnie wypycha książkę za drzwi, a do relacji autor-wydawnictwo, a książka gdzieś bryka obok na trawie.

Wydawnictwo spod znaku vanity publishing odwołuje się do tego, że autor chce się wydać. Pragnie się wydać, bo przecież pisze, a jak pisze, to musi się wydać (w którym to stwierdzeniu jest tyle prawdy, że… pisałam o tym kilka tygodni temu). A skoro musi, to szuka, a skoro szuka, to trzeba dać mu możliwość znalezienia i w takiej to sytuacji otrzymuje się piękny mail zwrotny, gdzie przedstawiciel wydawnictwa wyraża wielkie zainteresowanie, może wręcz zachwyt i w ogóle robi wszystko, aby połechtać próżność autora. No i już wiemy skąd nazwa.

Ponadto vanity publishing cierpi na pewne rozdwojenie osobowości w fazie końcowej procesu, czyli przy wypychaniu książki za drzwi. Wydawnictwo oczywiście chce zarobić, ale większość, lub nawet całe, koszty inwestycji już sobie pokryło z tego, co autor za wydanie zapłacił. Dlatego im jakoś szczególnie na sprzedaży nie zależy. Wiadomo, fajnie by było, ale bez spiny. Autorowi oczywiście zależy bardziej. No i jest jeszcze książka, która pojawia się po drodze, kiedy już zejdzie z łąki i przestanie brykać.

 

Jest z vanity jeszcze jeden problem: zwykle szybko odpowiadają. Gdy tradycyjne wydawnictwo czyta co dostało na tapetę, vanity w zasadzie może niemal w ciemno potwierdzać chęć wydania, co oznacza, że jak ktoś nieco nieświadomie podesłał im bardzo dobrą propozycję wydawniczą, to oni zdążą ją wyhaczyć nim zrobi to ktokolwiek inny. Ot takie ups.

 

TL;DR

 

Tu dochodzimy do innego punktu widzenia modeli wydawniczych.

Chciałoby się powiedzieć coś o tym, że każdemu wydawnictwu powinno zależeć na jakości jego marki, ale byłoby to chyba wypowiadaniem pobożnych życzeń. Rynek książek to biznes i różni rożnie do tego biznesu podchodzą.

Można powiedzieć, że tradycyjne wydawnictwa próbują zaspokoić potrzeby rynku, oferując książki, które ludzie będą chcieli czytać. Zatem grupa definiująca popyt to czytelnicy.

Dla wydawnictw typu vanity publishing grupą docelową odbiorców nie są czytelnicy, a autorzy. Autorzy, którzy koniecznie chcą się wydać (bo jak już pisałam: jeśli piszesz, to musisz wydać książkę, co nie?).

 

 


 

Refleksja nad vanity

Czy vanity publishing jest wynalazkiem naszych czasów?

Nie.

Nie wynaleziono wydawania przy współudziale finansowym autora wczoraj, co mogło ulec zmianie to koszty, a zatem dostępność metody. Teraz o wiele więcej osób może sobie na to pozwolić i jest to o wiele mniejsza inwestycja, więc zamiast zastanowić się piętnaście razy, takie osoby zastanowią się raz. To i chyba parcie na półkę, przez co nie każdy (nawet nie większość) pakuje się w ten model wydawniczy świadomie, a to już jest smutne. Oni po prostu chcą książkę, a vanity im ją daje.

 

Czy vanity to samo zło?

Nie.

Jestem w stanie sobie wyobrazić kilka okoliczności przyrody, gdy ktoś skłonny jest pójść w vanity publishing z pełną świadomością tego, z czym się vanity je, ale to raczej odosobnione przypadki w portfolio takich wydawnictw. No i liczy się ta pełna świadomość, a niestety, nie bardzo wierzę w to, że większość autorów, wydających w modelu vanity, robi to zdając sobie sprawę jak to działa, jaki jest tego cel i jaka łatka jest przypięta do tego modelu wydawniczego.

Właśnie. Łatka.

Ciągle mi się wydaje, że dla przeciętnego Iksińskiego nie ma różnicy, czy z półki weźmie dobrą książkę Wydawnictwa Literackiego, dobrą książkę Insignisu czy dobrą książkę NovaeRes. Dopiero gdy zamienimy Iksińskiego na kogoś, kto trochę zna rynek, kojarzy modele wydawnicze i związane z nimi wydawnictwa zaczynają się schody. Bo skoro vanity w swoim modelu skupia się na zaspokajaniu potrzeb autorów, a nie czytelników, i skoro już ustaliłam, że generalnie wydadzą wszystko, to świadomy tego czytelnik zastanowi się kilka razy zanim zdecyduje się pójść z książką do kasy i za nią zapłacić. No bo nawet jeśli rozpatrujemy “dobrą książkę” z modelu vanity, to o jej wartości przekonamy się po przeczytaniu. W chwili zakupu mamy tylko pobożne życzenia, zapewnienia z blurba i działającą na niekorzyść autora (bo wydawnictwo przecież swoje już zarobiło) statystykę. Tak, matematyka jest wszędzie.

I ta łatka, to coś, czego autor pakujący się w vanity powinien być świadomy.

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • A czy to, w jaki sposób wydamy naszą książkę wpłynie w jakiś sposób na marketing? Np. duże wydawnictwo, lepiej rozreklamowana książka?

  • Kasia

    Nie wiedziałam, że jest taki podział i takie różnice. Jakoś nigdy nie zgłębiałam tematyki wydawania książek. Fajnie jest dowiedzieć się czegoś nowego :)

  • Ja podobnie jak Kasia dowiaduje się samych nowości :) A zawsze chciałam wydać własne materiały do nauki języka hiszpańskiego dla maluchów (i żeby rodzice wiedzieli jak ich używać) – może się taka wiedza kiedyś przyda!

  • Nigdy mnie ten temat nie interesował, ale jednak wybór jest. Biorąc pod uwagę ile ostatnio słyszałam o tym, jak dobrze jest publikować samemu, to pewnie sama tylko taki sposób bym wybrała, z resztą ja nigdy nie wybieram najłatwiejszej ścieżki, tylko tą która wiedzie przez setki wręcz udręk, poprawek. Wszystko ma być tak jak ja chcę. Ach…
    Masz w planach wydanie książki?

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz