NaNoWriMo 2016: największy wróg NaNowcy


NaNoWriMo jest trochę jak ten diabeł. Nie taki straszny, jak go zwykli malować. No, przynajmniej nie dla wszystkich, bo temu diabłu, to w sumie każdy sam domalowuje facjatę.

Największym wrogiem autora w czasie NaNo jest on sam. Bo rodzinę i znajomych, to jeszcze się jakoś ułoży. Wyjaśni się im jak cholernie ważne jest, aby skupić się przez te 30 dni na pisaniu. Że to wyzwanie rzucone samemu sobie, potrzeba sprawdzenia się. Można też użyć określenia: muszę wyrzygać tę historię z głowy, bo primo zwariuję, secundo mam mądrzejsze rzeczy do pisania, ale to się przyczepiło myśli jak gówno okrętu i woła płyniemy – ale ktoś, kto nie pisze, może nie do końca zrozumieć dramatyzm tego stwierdzenia. Tymczasem o stawianiu sobie wyzwań, doskonaleniu się itd. pitolą wszyscy i wszędzie, więc jest to znakomita kryjodupka.

I tak oto z wrogów zachłystu grafomańskiego na placu boju pozostaje ten jeden, najgorszy: sam autor. Bo…

Po pierwsze, nieco ponad półtorej tysiąca słów dziennie, to nie jest niby dużo, ale jak się nie pisało wcześniej regularnie, to po kilku dniach mózg woła o przerwę. Powieść rośnie w tempie, do jakiego rzeczona papka w czaszce nie nawykła i autor przestaje ogarniać i chce przerwy. Jak pisał więcej niż minimum to może (głebokie, szerokie i tak dalej) może sobie na nią pozowolić bez godzenia się na to, że spadnie pod kreskę. Jeśli nie… cóż.

Po drugie czasami NaNo wymaga podejścia „najpierw rób, potem myśl”, a nie każdy potrafi się na to przełączyć i zanotować sobie tylko na boku, że tę scenę sprzed pięćdziesięciu stron, to trzeba będzie przy pierwszej redakcji gruntownie przerobić, aby była spójna z zarąbistym pomysłem, który wpadł do głowy w okolicy strony dziewięćdziesiątej. Część ludzi będzie chciała poprawić już teraz. Mieć to ładne, dopieszczone i w ogóle i super, tylko że licznik słów… Przy czym pikuś, jak to jest mała zmiana, do popełnienia w kwadrans. Gorzej jak ktoś czuje potrzebę zrobienia tam rewolucji, a zegar tyka.

Po trzecie to jest ciągle praca nad jednym tekstem. Czy to będzie powieść, czy magisterka (tak, ludzie w ramach NaNoWriMo piszą również prace naukowe, korzystając z tego, że jest licznik, uniesienie, atmosfera eventu i dzięki temu mają dostęp do zewnętrznego źródła niezbędnej motywacji).

Niektórzy (ja) zwykli pracować nad kilkoma projektami na raz. Jak dziś nie ma weny na to, to może na tamto. Tymczasem NaNo wymaga, aby trzymać się jednego tekstu (tekstów jeśli ktoś popełnia zbiór opowiadań) a nie latać jak kot z pęcherzem po folderze z zaczętymi opowiadaniami. I tak dzień po dniu, trzydzieści dni cirka – z tym nawet osoby spod flagi „pisze tylko jeden tekst na raz” mogą mieć problem.

*

No to teraz reality check powyższego po dwóch tygodniach klepania w klawiszki.

*

Nie, nie pisałam codziennie. Kilka dni wypadło, bo ślub koleżanki wyciął mi z pisarskiego życia cały weekend (i był świetny, nie żałuję ani trochę), bo wizyta innej koleżanki też ze dwa dni zjadła z licznika. Znaczy można mieć życie towarzyskie w czasie NaNo inne niż chodzenie na WiP-y (spotkania NaNowiec w 3D, Full HD, czyli poza siecią, na kawce, przy piwie etc.). Wyrzutów sumienia nie mam, ale może dlatego, że miałam mocny start i trochę odcinam od niego kupony, więc nadal jestem nad kreską mimo tych kilku nieproduktywnych dni.

Tak, edytowałam. Nie dramatycznie i mam trochę notatek do uwzględnienia w redakcji. Wiem, że w jednym miejscu będę musiała, albo mocno zmienić kilka akapitów, albo przenieść je gdzieś dalej – to i tak tylko retrospekcja, bo były fajne jak je pisałam, ale spsuły mi ostatecznie dramatyczny koniec rozdziału. A wiem to wszystko, bo siadłam i zamiast pisać, to w dwóch rzutach przeczytałam 27k tekstu, które w tamtej chwili miałam. A mogłam pisać.

I tak, jakimś cudem pozostaję myślami tylko w tym tekście (nie liczymy wymyślanych na boku fanfików, nie spisuje ich, więc prawie jakby nie istniały; są tylko w głowie… co nie?). Co prawda mózg próbuje skakać w bok (ej, Islandia jest taka pusta w środku, oni na pewno maja tam podziemną bazę i mechy! to trzeba kiedyś napisać), ale póki co jednak pozostajemy mniej lub bardziej na dobrej drodze do celu. Mocno pomaga w tym zatruwanie życia znajomym fragmentami tego co piszę. Ba! Fragmentami! Przez trzy dni pobytu we Wrocławiu Soren musiała znosić moje gadanie o tym (w czasie którego t gadania powstało kilka najbardziej epickich plot twistów tej historii, więc tak jakby zupełnie nie mam wyrzutów sumienia… nope. Sorry. They are not there.)

*

I tak to weszłam w tydzień trzeci. Licznik na dzień 15 listopada wskazywał: 29 346 słów.
W piątek otwiera się Jarmark Bożonarodzeniowy. Tak, będę siedziała w domu i pisała i wcale na niego nie pojadę w weekend czy na poczaątku przyszłego tygodnia… kogo ja próbuję oszukać?

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Na Jarmark pójdziesz chociażby w poniedziałek! Nie wiem jak w weekend :P

    • Luźny plan zakłada przyłożenie się do NaNo w weekend. Bo tak się ślizgam póki co. 1.11 zaczęłam mocno, a potem to tak powoli i spokojnie. No ale wiadomo jak to z planami bywa ^^” I tak, poniedziałek… CZEKAM (caps intentional) na mojego grzańca wrocławskiego.

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

. . .

Tru story of my life ;)

więcej komiksów Mileny czai się po drugiej stronie kliknięcia