Patrz, Milenko (opowiadanie)


Nadal nie jest mi po drodze z narracją pierwszoosobową i nabyta przed laty alergia wciąż jest obecna, ale czasami rozumiem, że to najlepszy, dla danego tekstu, rodzaj narracji. Ba! Czasami sama próbuję się z nim mierzyć. :)

 

Wersje e-pub i mobi pojawią się nieco później. A przynajmniej taki jest obecnie plan :) Tymczasem wszelkie uwagi mile widziane. Zwłaszcza jak gdzieś zeżarłam raczej oczywiste przecinki ^^”

Patrz, Milenko

Milenka patrzy na mnie. Tak bardzo patrzy, że nie mogę odwrócić wzroku od lustra, w którym odbija się jej twarz – taka ładna, gładka, pozbawiona zmarszczek i bez cieni pod oczami, czego o mojej powiedzieć się nie da.

Ile nie spałem?

Nie wiem… i niczego dobrego to nie wróży, ale jak mam spać? Tu, w tym pięknym mieszkaniu, w którym wszystko miało być jak ze snu? I w sumie jest ze snu, więc czemu ja w ogóle narzekam? Że mi się kategoria snu nie podoba? Wybredny się znalazł! A to przecież jak z prostokątami i kwadratami. Każdy koszmar jest snem, ale nie każdy sen koszmarem, prawda?

Litości.

Proszę.

Niech mnie ktoś zabije, bo jestem tchórzem i sam nie dam rady.

A Milenka patrzy.

Jej twarz nie wyraża niczego. Idealna maska pośmiertna i…

Nie! Wcale się nie zaśmiałem!

Może trochę, ale nie tak. Nie w ten sposób. To był przebłysk szaleństwa – niestety trwał tylko chwilę. Szkoda. Wielka szkoda, bo takie dobre szaleństwo i pokój bez klamek byłyby dla mnie błogosławieństwem.

 

Odwróciłem na chwilę wzrok i poszła. Pojęcia nie mam dokąd, bo w lustrze widać tylko kawałek łazienki i nie wiem, czy reszta mieszkania wygląda tam tak samo. Próbuję zajrzeć za krawędź. Bez sensu.

 

Milenka wraca wieczorem, gdy w końcu uspokajam się na tyle, aby myśleć o pójściu spać. Trochę jak przysłowiowy trup, co wypada z szafy w najgorszym możliwym momencie. Tylko że niedawno naprawdę wypadła z szafy i była tak martwa, jak tylko martwym być można. I gdybym jeszcze ja ją tam schował i mi by wypadła – ale tylko to drugie się zgadza, bo wejść, sama weszła. Policja dumała przez chwilę, czy może kto inny jej tam nie wsadził, bo samobójstwo w szafie brzmiało cokolwiek dziwnie, ale mnie chroniło potężne alibi, a nikogo innego na moje miejsce nie mieli.

Wszyscy Milenkę lubili. Wrogów w pobliżu nie odnotowano. W kondolencjach końca nie było żalom nad tym jak dobrą osobę straciliśmy, jak mi musi być ciężko, jakie to niesprawiedliwe i chwilami myślałem, że lepiej byłoby, gdybym to ja znajdował się w pięknej urnie, a ona została tutaj. Tego oczywiście nikt nie powiedział, ale przyjaciele Milenki są mądrzy, umieli się zachować i pewne myśli zachować dla siebie. Ja zaś nie jestem skończonym kretynem.

– Ty umiałaś znajdować właściwych ludzi, prawda Milenko?

Stoi w drzwiach. Niedbale opiera się o framugę, a ręce złożyła na piersi. Włosy ma rozpuszczone, na sobie żółty sweter, który kupiłem jej nim zachorowała. Kiwa głową.

 

Czasami myślę, że Milenka zrobiła mi to na złość. Chciała mieć ostatnie słowo i ma je w ustach wszystkich.

– Jak ty sobie poradzisz?

Dziękuję mamuniu za twą troskę. Za wiarę we mnie i za wbijanie gwoździ w trumnę. Milenka jest martwa, a wciąż wszystkimi manipuluje. Gdyby umarła tak jak powinna, po długiej walce z chorobą, to współczuliby mi inaczej, ale że się targnęła na własne życie, przytłoczona lekarskim wyrokiem, to współczują jej pośmiertnie, a mnie…? Czy żałowanie kogoś, to współczucie?

Ja wiem czemu to zrobiła, ale co z tego  – nie uwierzyliby mi, że wciąż tu jest i patrzy. Milenka była człowiekiem orkiestrą. Orkiestra nie tańczy. Orkiestra gra i Milenka zagrała.

– Myślę o sprzedaniu mieszkania.

Z ust mamy wydobywa się krótkie och, ale oburzenie na twarzy ma tak wyraźne, że milczę w oczekiwaniu na ciąg dalszy. No już, mamo droga, powiedz mi, żebym to przemyślał, że przecież Milenka tyle tu dobrego zrobiła, że to nasze marzenie było i że nie zdaję sobie sprawy jak bardzo zaboli mnie rozstanie się z tym miejscem. Czy mówiłem, że nasza blokowa zagroda jest na trzynastym piętrze? Nie mój wybór. Milenki. Tak dobrze mnie znała i tak bawiła ją moja przesądna natura.

Prawda, Milenko? Mówiłaś, że to urocze, zabawne, pocieszne. Że bez tego nie byłbym sobą, więc utwierdzałaś mnie w moich lękach. Pielęgnowałaś je, a ja czułem się dzięki tobie bezpiecznie!

Uśmiechasz się wyraźnie, odbita w maminym naszyjniku z lustrzanym okiem. Znów masz na sobie żółty sweter.

Już nie jestem przesądny, a paranoiczny, ale załóżmy że w tym przypadku to to samo. Przesądny byłem zanim poznałem Milenkę, ale łapanie się za guzik na widok kominiarza i nie przechodzenie pod drabinami to takie tam nic. Teraz…

Teraz, Milenko ma kochana i martwa, jestem taki, jakim mnie chciałaś. Wystraszony tak bardzo, że jak ja sobie poradzę bez twojej dłoni na ramieniu? Ale przecież ty tu jesteś.

Milenka w odbiciu przekrzywia głowę. Jak się odwrócę, to wiem, że jej tam nie zobaczę.

Och, Milenko.

Mamunia mówi. Leje słowa na stół wybrany przez moją zmarłą małżonkę, na dywan, też kupiony przez nią. Nie. Wróć. Na rok przed ślubem kupiłem go ja za własne zaoszczędzone pieniądze, ale wybrała ona, więc czyj on w sumie jest?

– Zastanów się jeszcze nad tym. To dobre mieszkanie. Tyle je wybieraliście.

Wybierała.

– Wiem, że tu Milenka umarła, ale…

Zabiła się. Bądźmy precyzyjni, mamo.

– To było w przerażeniu. Strachu. Te wyniki badań… Jej duch na pewno by tu nad tobą czuwał.

Nie parskam śmiechem, za to Milenka w odbiciu zgina się w pół.

Jakby to był dom, a nie mieszkanie w bloku, to w akcie szaleństwa puściłbym go z dymem, ale mogę najwyżej spalić tę piękną, zabytkową szafę. Prawdziwe wrota do Narni, tylko nasza Narnia nie ma lwów i pięknych rzek. Jest za to czarownica Milena i świat w lustrach.

 

W zasadzie to nie wiem, czy ona tam jest, czy może tu, ale jak wampir na opak ma tylko odbicie, a fizycznej formy jej brak? To taka piękna koncepcja.

 

– Nie oszukujmy się, Milena była psychopatką. Nie wariatką, nie świrem, a po prostu psychopatką.

Aneta nie zostawia mi pola do dyskusji. I jak to ładnie brzmi – była psychopatką a nie wariatką. Nawet się rymuje i śmieję się, i o Jezu co to za śmiech. Jak strasznie musi być go słuchać nie z wnętrza czaszki, a tak normalnie.

Próbuję spoważnieć. Zdławić go w gardle i nie udusić się nim, choć to nie byłoby takie złe. Kusi. Oj jak to kusi!

– Tak, wariatem jestem ja – odpowiadam w końcu. – Może się nim nie urodziłem, ale Milenka znalazła we mnie ziarno szaleństwa, podlewała je, pielęgnowała i ze swoją śmiercią doprowadziła dzieło do perfekcji. Czy uwierzyłabyś mi, Aneto, gdybym powiedział, że ona tu jest? Może nie tu konkretnie, choć…

Rozglądam się. Patrzę w lustro zawieszone pod sufitem. Nie ma jej tam, ale może stoi tak, że się w nim nie mieści? Słucha skumbria jedna, przyczajona w kątku. Patrzy, chichocze radośnie i bije sobie brawo.

– Czasami ją widzę w lustrach. Uśmiecha się stamtąd zadowolona. Ustawiła pionki na planszy i zeszła ze sceny na widownię, aby podziwiać efekty.

Po twarzy Anety widzę, że nie wie co o tym myśleć.

Błagam Aneto, ty jedna nie mów mi, że powinienem odpocząć, bo jeszcze nie poradziłem sobie z dotkliwą stratą. Jeśli powiesz, że mam się uspokoić, to tu i teraz wybuchnę płaczem jak dziecko i jak bóbr będę wylewał łzy na podłogę.

– Nie zapytam, po co miałaby to robić… – odzywa się w końcu – bo widzę aż nadto powodów. Choćby patrzenie jak sobie nie radzisz, czy jak inni płaczą po niej. Biedna Milena, taka zdolna, kochana, taka do rany przyłóż i takie nieszczęście ją spotkało i zmiażdżyło. – Wzrusza ramionami. – Inna rzecz czy w tę chorobę wierzę. Nie zapytam jak…

Nie słucham. Tracę głos i jak ryba wyciągnięta z wody łapię powietrze. Szukam słów, których nie ma, bo przecież jak mogłoby być inaczej? Gdzie jesteś, kochanie? Pomóż mi, bo sam nie dam rady. Że szafa, że samobójstwo, że lakoniczny list na stole i wszystko inne, to uwierzę. Chciałaś, Milenko, skończyć z przytupem, to jasne jak słońce, ale żeby aż tak?!

Nigdy o tym nie myślałem, a od pogrzebu upłynął przeszło miesiąc. Wyniki badań mówiły same za siebie, nie dawały nadziei, a żadne z nas nie wierzyło w cuda. Ale…

Zaczynam znowu oddychać. O Boże, Boże, bogowie, wybaczcie mi.

– Nie mówisz serio. Nie. Nie, Aneto!

Ale ona wygląda, jakby naprawdę rozważała taką możliwość, a ze wszystkich znanych mi osób jest tą najbardziej twardo stąpającą po ziemi. Gdyby przestano wydawać książki naukowe, to przestałaby odwiedzać księgarnie i biblioteki. Podejrzewam, że w dzieciństwie czytała tablice matematyczne, a teraz…

– Milenka miałaby sfałszować wyniki, kupić je na targu lub przekupić kogoś, a potem popełniłaby samobójstwo? – Nieudolnie próbuję pokazać jak irracjonalny to pomysł i to samo w sobie jest przerażające, bo powinno być na odwrót. To Aneta powinna mnie rugać za wybujałą wyobraźnię.

Rozglądam się, zerkam w to cholerne lustro.

Gdzie jesteś, Milenko?!

– Aneta! Duchy?! Życie po życiu? Coś takiego może zalęgnąć się w mojej głowie – biję się w pierś – bo tak się mówi, są takie przesądy, a ja jestem chodzącą encyklopedią przesądów i wierzeń, które większość ludzi wkłada między bajki, ale ty?!

Wiem, że się na nią gapię. Nie patrzę, a gapię się wybałuszając oczy i zaraz zacznie boleć mnie głowa, ale Aneta miała być moją ostoją. Kotwicą normalności w morzu szaleństwa, tymczasem…

– Twierdzę jedynie, że ona nie była normalna.

Wzrusza ramionami. Czerwony żakiet rozlewa mi się w wielką krwistą plamę na tle białej ściany kawiarni. Czy dałoby się dociec prawdziwości tej choroby? Milenka chciała zostać skremowana i tak też się stało, a nawet jeśli byłoby inaczej, to czy tak w ogóle można? Czy w ogóle coś dałoby się ustalić? A może coś ustalono? Może szukając przyczyny śmierci znaleźli…

Oddycham głęboko.

Niedostatecznie.

 

Siedzę na kanapie w salonie i patrzę na szafę. Próbuję sobie wmówić, że nigdy jej nie lubiłem, ale to nie prawda. Podobała mi się. Miała w sobie coś magicznego. Nadal ma i jednak nie mam serca się jej pozbyć.

Wiedziałaś o tym, prawda?

Spoglądam ku ścianie. W lustrzanej mozaice widzę Milenkę jak stoi przy meblu i patrzy na mnie z góry. Mrugam, a ona nadal tam jest tak wyraźna, że choćbym chciał, to nie wmówiłbym sobie, że jest mirażem. Wspomniałem mamie, że czasami czuję, że jest tu nadal. Nie odważyłem się powiedzieć, że widzę ją, że czasami mówię do niej, a ona milcząco reaguje.

 

– Myślałem nad wynajęciem komuś pokoju… aby nie mieszkać sam.

Mamusia blednie, a przecież zrezygnowałem ze sprzedaży i jeszcze chwilę temu chwaliła mnie za tę decyzję.

– Nie powinieneś, naprawdę. W twoim wieku współlokator? I to w pracowni Milenki?

– Sypialni nie da się przemeblować, a pracownię tak. Trochę rzeczy musiałbym wyrzucić, przestawić.

Za plecami mamy widzę Milenkę. Stoi za mną i odbija się w lustrzanej ramce zdjęcia na ścianie.

To ładna ramka, długo jej szukałaś, prawda?

– Naprawdę uważasz, że to rozsądne?

To smutne, że w oczach mamy widzę nie troskę, a wyrzut.

– Rozumiem, że jesteś samotny, ale nie powinieneś podejmować pochopnych decyzji. Chcesz zapomnieć, ale to nie jest dobra droga. Dać tak komuś wtargnąć w to, co tu razem stworzyliście… Poza tym jak dasz sobie radę z kimś obcym pod dachem?

Słucham jak ostrożnie tka wizję przyszłości, w której ten obcy człowiek zawłaszcza moją przestrzeń. Spycha mnie do kąta, czyni ze mnie gościa we własnym mieszkaniu. Pamiętam, że jako dziecko lubiłem jak opowiadała mi bajki. Teraz udowadnia mi, że nie zapomniała jak się to robi. Sieje strach i wykorzystuje wszystko co o mnie wie, a Milenka stoi i patrzy – dumna i spokojna, ale w jej oczach widzę sztorm.

– Jesteś zła?

– Nie! Martwię się tylko o ciebie, synku.

Nie tłumaczę, że nie ją pytałem, a jedynego widza naszego małego przedstawienia. Kusi mnie powiedzieć, że może w takim razie zaproszę tu Anetę. Jej imię wykręca mi język i grzęźnie w gardle, bo co byś wtedy powiedziała, mamo? Znasz przecież Anetę. Znasz ją dłużej, niż znałaś Milenkę i powinnaś jej ufać. Przyklasnąć mi! Tylko że nawet ani razu do niej nie zadzwoniłaś w mojej sprawie, a masz jej numer. Może zresztą ty o wszystkim wiesz? Może wiesz nawet to, czego ja nie wiem – czy Milenka faktycznie chorowała? Może wiesz, że jest tu z nami? Może zaplanowałyście to razem?

– Mam wrażenie, że ona nas obserwuje.

Wstaję. Odwracam się. Jeśli jest tu faktycznie, a nie tam, wewnątrz luster, to teraz stoimy twarzą w twarz, tylko że ja jej nie widzę. Między mną a oknem jest tylko pusta przestrzeń i parskam śmiechem, bo czego się spodziewałem?

– Synku…

Nie daję jej dokończyć.

– Może ona zabiła się właśnie tutaj, aby zrobić mi na złość? Mogła pójść na dowolny most, na dowolne tory, ale zrobiła to tu i w dodatku w szafie, a nie jak każdy inny człowiek na łóżku lub w fotelu. Nie w wannie, ale w szafie, żeby sama nietypowość tego nie pozwalała mi zapomnieć!

– Jak możesz być tak bez serca!

 

Staram się nie być w domu w ciągu dnia, a po zmroku nie zapalać światła. Nie rozglądam się. Unikam luster – to trudne. Lustra są wszędzie. W autobusie, w sklepie, w taksówce i na skrzyżowaniach.

– Witaj, Milenko.

Windy są najgorsze.

– Będziesz tylko patrzeć?

Ale jestem zbyt zmęczony, żeby wejść po schodach tyle pięter.

– Ten uśmiech znaczy, że tak? Czemu poważniejesz? Czemu nic nie powiesz? Możesz tylko patrzeć?! Nic więcej?! To takie…

Winda zatrzymuje się gwałtownie.

 

– Wyciągnęli mnie po dwóch godzinach. Twierdzili, że sam zatrzymałem windę, ale nie wiedzą, czemu nie chciała później ruszyć– tłumaczę, choć Aneta to wszystko wie, bo czekała na mnie pod drzwiami i była przy całym zamieszaniu. – Ale ja niczego nie dotykałem. To…

– Wystarczy, nie musi-

– Niczego nie dotykałem! Przepraszam. Nie chciałem krzyczeć. Jestem zmęczony.

– Rozumiem, naprawdę powinieneś-

– Nie!

Nie chcę słuchać dalej. Przerywam raz, drugi, trzeci. Nie chcę słyszeć końca tego zdania.

 

Mama przestała przychodzić, jesteśmy więc tylko we dwoje. Ja i ty, Milenko. Aneta posłałaby mnie do lekarza, ale po piętnastym „nie” poddała się najwyraźniej. Nikogo więcej nie ma i nie było. Przyjaciele, to duchy uwięzione w przeszłości. Ludzie z czasów przed tobą. Nie dość dobrzy dla mnie. Wredni i podstępni, a przede wszystkim fałszywi i dwulicowi. Należało się od nich uwolnić, bo tylko żerowali na mojej łatwowierności, na dobrym sercu. Dać im palec, a pożerali całą rękę, dlatego wbrew sentymentom musiałem zerwać te przyjaźnie i znajomości, przestać odpowiadać na smsy i zaczepki w Internecie. Tak było lepiej, prawda Milenko? Tak mi radziłaś.

Ten lokator pewnie też będzie sępem. Mama nie ma co do tego wątpliwości i na odchodnym powiedziała, że jeszcze będę tego żałował, bo teraz już nie ma ciebie, Milenko, abyś mnie ochroniła przed moją własną głupotą. Dlatego w końcu zadzwoniłem do Anety, żeby powiedzieć, że dobrze, mogę wziąć pod dach jej znajomego, który szuka lokum na krótko, bo robi remont. Nie odebrała. Raz, piąty, trzydziesty. Nie odpowiedziała na smsy. W końcu napisałem list i włożyłem do koperty klucze, potem poszedłem do niej i wrzuciłem to do skrzynki.

Jestem zdesperowany, prawda, Milenko?

Nie ma cię akurat teraz, kiedy potrzebuję cię najbardziej. A może czaisz się gdzieś, gdzie cię nie widzę i patrzysz jak się miotam?

– Cieszysz się?

Mam ochotę stłuc wszystkie lustra w domu, ale za każdym razem zamieram tuż przed zadaniem ciosu. Nie wiem już ile razy stchórzyłem w ostatniej chwili, bo widmo siedmiu lat nieszczęścia za każde z nich mnie sparaliżowało.

Ściągam z półki wazonik opasany lustrzaną mozaiką – małe dzieło sztuki – i uginam się pod ciężarem wspomnień. Szklarska Poręba trzy lata temu, pochmurny i deszczowy dzień.

– Widzisz, Milenko, pamiętam wszystko.

Oczywiście, że widzisz.

Odstawiam wazonik na miejsce i wzroku z niego nie spuszczam, bo stoisz za mną. Włosy masz upięte wysoko, usta wykrzywione w zadziornym uśmiechu, dłonie złożone za plecami. Tę sukienkę kupiłem ci na Boże Narodzenie dwa lata temu. Pewnikiem nadal jest gdzieś w mieszkaniu. Powinienem posprzątać, wyrzucić część rzeczy, co się da oddać, ale tego jest dużo, tak dużo, że boję się jak niewiele zostanie po wszystkim. Co tu jest tak naprawdę moje. Laptop. Trochę książek. Tyle rzeczy kupiliśmy razem, ale czy czuję z nimi związek?

Uśmiech nie schodzi ci z twarzy. Przekrzywiasz głowę, ty moja zmoro. Choć nie, zmory to chyba było coś innego. Idę do gabinetu, potykam się o próg, bo jestem przecież niezdarą, i z półki ściągam leksykon. Kartkuję go i bardzo staram się nie zwracać uwagi na wszystko co mnie otacza. Kalendarz, biurko, naklejki na monitorach, figurki na półce i zdjęcia na ścianie. Tu pracowałaś, Milenko.

Przysiadasz na blacie.

Powinien zaskrzypieć, ale oczywiście nie skrzypi. Nie ma cię tutaj i jesteś. Odkładam leksykon koło ciebie, bo tak naprawdę nie muszę wiedzieć czym takim była zmora, prawda? Ty nią nie jesteś. Jesteś sobą i istniejesz po to, aby mnie zniszczyć, prawda, Milenko?!

– Prawda?!

Leksykon z hukiem spada na podłogę i zapada cisza.

 

Dziś mam ze sobą wino i lustro, w którym widzę krzesło na wprost.

  • Chodź, Milenko. Napijmy się i wyjaśnij mi dlaczego. Kupiłem twoje ulubione wino. Wiesz, że za nim nie przepadam, ale dla ciebie…

Jesteś tam. Masz na sobie zieloną sukienkę, która nadal wisi w szafie w sypialni. Stoisz w progu i uśmiechasz się czule, gdy rozlewam wino do dwóch kieliszków. Swój opróżniam duszkiem i napełniam po raz drugi.

– Wyjaśnij mi, czego ode mnie chcesz?

Rano budzę się z kacem gigantem.

 

Patrzysz na mnie z luster w salonie. Jestem tu pierwszy raz od kiedy zorientowałem się, że mnie obserwujesz, ale przecież to wiesz – nie odstępujesz mnie na krok.

Nie da się prowadzić salonu fryzjerskiego bez luster. To niemożliwe, dlatego na drzwiach ciągle wisi kartka, że chwilowo zamknięte, a ja przyszedłem tu tylko po pocztę, ale i to było błędem. Ten salon też był błędem, mówiłaś mi to wiele razy. Poznaliśmy się zaraz po tym jak go otworzyłem i byłaś zachwycona moim wyczuciem, talentem, stylem, ale potem coś się we mnie zepsuło. Przestałaś mówić, że wychodzi mi to pięknie, zaczęłaś się krzywić. Klientki były zadowolone, ale na pewno miałaś rację mówiąc, że się nie znają lub starają się uśmiechać, choć wcale nie podoba im się kolor, cięcie czy ułożenie. Że wracają, bo mają blisko i tanio. Za tanio. To był drugi problem, prawda?

– Zaproponuj coś.

Przewracasz oczami, ale zaraz potem uśmiechasz się. Rozglądasz.

Nożyczki, suszarki, lokówki.

– Nie, Milenko, nie dam rady.

 

Patrzę w lustro w łazience i ważę w dłoni garść tabletek. Ty stoisz za mną i oczy ci się śmieją. Masz mnie. Tego chciałaś, prawda? Tylko że nie wiem czy te tabletki dadzą radę. Nie sprawdziłem. Znowu udowodniłem, że bez ciebie niczego nie potrafię zrobić porządnie.

Spuszczam tabletki w toalecie.

– Masz rację. W ten sposób to nie ma sensu. Przepraszam, marnuję twój czas, ale czy czas w ogóle jeszcze dla ciebie coś znaczy? Możesz umrzeć po śmierci?

Mam wrażenie, że słyszę jak wzdychasz ciężko.

 

Gdy stoimy na przejściu dla pieszych i mijają nas auta, odbijamy się w lustrach w witrynie szklarza. Wiem o czym myślisz. Widzę to w twojej twarzy, ale przecież powinnaś zdawać sobie sprawę, że nie umiałbym tego zrobić. Nie wejdę pod pędzący samochód ani pociąg, bo kierowca będzie musiał żyć ze świadomością, że mnie zabił. Nie skoczę z naszego balkonu, bo co jeśli na kogoś spadnę? To brzmi nieprawdopodobnie, ale już się zdarzało. Powiesić się? To jest jakaś opcja. Kiwasz głową. Tak. To ma sens, będziemy tylko musieli pójść do sklepu.

 

Przepraszam. Znów nie wyszło. Za cienka gałąź, za blisko ścieżek biegaczy. Znów wszystko zepsułem. Może lepiej wrócić do tabletek?

Nie odpowiadasz. Nawet nie zostajesz ze mną, a ostentacyjnie wychodzisz, co widzę jak na dłoni w lustrze wiszącym na otwartym skrzydle drzwi twojej szafy.

– Rozumiem, mam sobie sam poradzić. Ty jesteś tylko widzem.

W pracowni coś spada z hukiem na podłogę, ale nie podrywam się sprawdzić co to takiego. Co zniszczyłaś, żeby przypomnieć mi, że możesz nie tylko patrzeć? Mogłabyś szarpnąć za kierownicę, gdy jedziemy samochodem, albo zepchnąć mnie z peronu, ale przecież nie o to chodzi.

Chowam głowę w dłoniach i wsłuchuję się w ciszę. Jestem sam – prawie w to wierzę.

 

Tabletki podejście drugie.

I wino.

Przepraszam, Milenko, że kupiłem nie to, które lubisz, a wytrawne, ale chyba ten jeden raz mogę sobie na to pozwolić, prawda? Nie krzyw się, wiem, że nie mam dobrego gustu do win. Uśmiechnij się, proszę. To wszystko dla ciebie. Popatrz!

 

Gdzie jesteś, Milenko? Gdzie ja jestem? Coś jest nie tak, jak być powinno.

 

Znów zawiodłem.

Aneta mnie znalazła.

Ona i jej znajomy i klucze, które zostawiłem w kopercie w skrzynce – przepraszam, Milenko, nie powinienem był tego robić. Mama miała rację, ty miałaś rację, a teraz w dodatku będą patrzyć mi na ręce.

 

Kazali mi powtarzać, że nie masz nade mną kontroli, wiesz?

Kazali mi nie zwracać uwagi, ale chyba nie umiem.

Kazali mi pogodzić się z przeszłością i żyć dalej, jak?

Kazali uwierzyć, że jestem panem sytuacji.

Nie wiem czy w to wierzę.

Chyba nie.

Milenko.

Jeszcze nie dziś.

Ale może już jutro.

Aneta mnie obserwuje.

Czasami mam wrażenie, że ciebie również widzą.

Dlaczego tak na mnie patrzysz, jakbym ci krzywdę zrobił?

Póki co ty jesteś tu zjawą, która rządzi mną i przestrasza, więc poczekaj.

 

Proszę.

 

Milenka patrzy na mnie. Tak bardzo patrzy i nie może odwrócić wzroku od lustra, w którym odbija się także moja twarz, opalona, z przystrzyżoną brodą i w końcu bez cieni pod oczami, czego o jej, wykrzywionej w zniecierpliwieniu, powiedzieć się nie da. To przecież takie nic, a jednak… Patrzę sobie w oczy. W kuchni Emil myje naczynia. Talerze, które wybrała, dźwięczą odkładane na suszarkę i na początku mi to przeszkadzało. Teraz już nie. Tak jest lepiej. Nie prościej, ale lepiej.

Trzy mocne uderzenia w drzwi sprowadzają mnie na ziemię.

Wzdragasz się. Nie lubisz go. Anety nie lubiłaś nigdy.

Próbuję się uśmiechnąć, ale wychodzi mi z tego paskudny grymas nijak do uśmiechu niepodobny. Parskam krótko. Emil mruczy coś pod nosem. Słyszę go, ale nie odpowiadam.

Patrz Milenko.

Patrz, bo przecież nie pozwolisz sobie przegapić chwili, gdy w końcu się załamię i nie wytrzymam presji, prawda? W końcu się poddam. Ja to wiem i ty to wiesz, a Aneta i Emil tylko odwlekają nieuniknione.

Uśmiecham się. Ona robi to szerzej. Zakręcam wodę i odkładam żyletkę – znowu. Nie, jednak nie, choć kusi i nie chwilami jest łatwo, ale jeszcze dziś dam radę. Który to już raz wygrywam z pokusą? Który to już raz cię zawodzę, Milenko?

Wychodzę. A ty ze mną.

Dziś będę tańczył, ale do innej melodii – Aneta i Emil wyciągają mnie na piwo. Może Milenka będzie tam z nami, może będą tam lustra. Znając Emila na pewno będą i powinno mnie to denerwować, ale już przywykłem. Znów będę aktorem w przedstawieniu, a Milenka będzie patrzeć, jak wierna fanka. Emil twierdzi, że powinno mnie to cieszyć. Nie rozumiem go i rozumiem zarazem.

Poprawiam kamizelkę i wychodzę – Milenka idzie za mną. Widzę ją kątem oka w lustrzanych zdobieniach w przedpokoju, w salonie, w kuchni, w tych małych fragmentach luster, które miały tworzyć magiczne wrażenie lub powiększać optycznie przestrzeń.

Tak mi to tłumaczyłaś, ale teraz jestem pewien, że chodziło ci o coś zupełnie innego. Przygotowywałaś sobie scenę, tak samo jak przygotowywałaś mnie do roli głównej, niestety zabrali mi scenariusz, kazali improwizować i chyba pomyliłem role.

Więc teraz patrz, Milenko.

Nie odwracaj wzroku.

 

 

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Kocham Twoją prozę. I muszę przyznać, że poczułam się dziwnie „swojsko” – może nie konkretnie z całą tą fabułą, ale z niektórymi z emocji się utożsamiam. I, muszę przyznać, dawno się nie utożsamiałam.

    Poproszę o więcej – choć, tak, przyznaję i tak dostaję od Ciebie dużo, za co jestem wdzięczna. W sumie za wszystko jestem. I tak, publicznie to wyznaję :D

  • Opowiadanie bardzo lubię, ale ciągle mam mieszane uczucia co do mojego imienia :P hue hue hue

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: