Był sobie Wroblog, ukrop, rybki i dobra zabawa


Niby ze mnie literatka (nie szklanka), a jednak ni du du nie wiedziałam jak ten wpis zacząć. Tyle rzeczy chciałam napisać, że nie wiedziałam co powinno być najpierw. A jak coś z siebie wyduszałam, to wychodziło drętwo (niespodzianka). Tyle co sobie mogłam wmawiać, że to wszystko przez zmęczenie po weekendzie spędzonym niemal cały czas wśród ludzi i wypełnionym atrakcjami. Bo oj działo się działo, a konkretnie, to dział się Wroblog.

Wroblog to Wrocławskie Spotkania Blogerów, które w miniony weekend (27-28.08) odbywały się w glorii formy znacznie ambitniejszej, niż dotychczasowe popołudniowe warsztaty i prelekcje (nie mniej ciekawe, ale jednak inna skala). Był bowiem ostatni Wroblog pełnoprawną konferencją z wieloma prelekcjami od południa aż po zachód słońca, a potem ukoronowano to afterem, po którym korona mogła się nieco przekrzywić, bo dobrej zabawy, śmiechów, chichów było pod dostatkiem i nie tylko and you know what I mean ;). Ba! Nawet jakoś przeżyłam ten cudowny, przeszło trzydziestostopniowy upał, choć łatwo nie było i z rana jeszcze przerażała mnie wizja wyjścia z domu… bo ludzie, bo gorąc, bo spać. To zresztą miłe gorszego początki były, jeśli chodzi o aurę z nieba, ale trzymajmy się kolejności, czyli soboty.

Wiedza, networking i tyle ciekawych ludzi

Sobota była pełna wiedzy i długo zastanawiałam się, czy opisać tu wrażenia z każdej prelekcji. Koniec końców uznałam, że to nie recenzja, a skoro tak, to byłoby to bez sensu. Na pewno co najmniej jedna prezentacja będzie w formie pisemnej dostępna w sieci (tako rzekła Ula Łupińska, jej autorka), reszta – nie wiem. Może? Opisywanie co zapamiętałam lepiej lub gorzej bardziej zaciemniłoby obraz niż go rozjaśniło, a nie o to chodzi. Dość powiedzieć, że wszystkie prelekcje były ciekawe, traktowały o czym innym i tworzyły w ten sposób panoramę różnorakiego patrzenia na temat przewodni: Blogowe do & don’t. Od tego, jak się przymierzać do pewnych rzeczy, przez działanie na co dzień, po zagadnienia bardziej od zakrystii. Co było świetne, to że mówili ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, chcą coś powiedzieć i umieją to zrobić, a nie wyduszają z siebie treść slajdów z bólem duszy i bo im kazano, a człowiek siedzi i słucha jak na tureckim kazaniu, bo wyjść nie wypada. Ja jestem na to szalenie wyczulona i z łapą na serduchu stwierdzam, że od a do z wszystkich słuchało mi się dobrze. Komu niedane było posłuchać, niech trochę żałuje i dybie na kolejną okazję – warto.

A potem nastała niedziela i upał dopiero pokazał co potrafi.

Rybki, drinki i Lemury

Niedziela stworzeniem była ciepłolubnym i to jest eufemizm. Było cholernie gorąco, ale organizatorki Wroblog zapewniły sporo atrakcji i żal było się nie ruszyć. Już poza salą prelekcyjną, a na mieście i ja nie wiem jak to wygląda na innych konferencjach, za mała frytka jestem póki co, żeby wiedzieć, ale w samym kontekście Wrobloga ta niedziela była świetną sprawą. W sobotę bowiem były w prelekcjach dwie przerwy – długa, kiedy wszyscy zgodnie rzucili się na żarcie i networking kwitł w kolejkach do foodtrucków, i krótka, kwadransowa, kawowa, później. Oczywiście był potem after, ale pozostał jakiś niedosyt pogadania z ludźmi (bo jak ja już raz złożyłam tyłek na krześle, to potem nie bardzo tyłkowi chciało się ruszać i krążyć między ludźmi, zwłaszcza, że krzesło było w doborowym towarzystwie innych mebli okupowanych przez ludzi, z którymi bardzo dobrze się rozmawiało i pochłaniało piwo).

I tu lekiem była niedziela.

 

Gdzie tu zacząć, żeby się wszyscy zachwycili?

O lemurach nie mogę, bo nie zdążyłam (nad czym cicho ubolewam), lemurów trzeba wam poszukać na przykład na Instagramie po hasztagu Wroblog bo ci, co się na nie stawili i mogli je karmić, wrzucali zdjęcia i och.. A ja cóż? Ja się zachwycałam klatkami schodowymi, o których urodzie nie miałam pojęcia, przejściami, które rejestrowałam jako bramy w kamienicach, ale nigdy jakoś nie wlazłam, ciekawostkami o Wrocławiu, których nie znałam (bo ja jednak taki patriota lokalny jestem i staram się ciekawostki znać, ale nie wychodzi, jak widać). Żar lał się z nieba, w oczy raziło słońce, ale chodziliśmy dzielnie i warto było, nawet jeśli podbicie stóp boli mnie jeszcze dwa dni później. Mała cena. Mała, bo w niektóre z tych miejscówek na pewno wrócę. Mniejsza nawet dlatego, że Instawalk (na który, swoją drogą, głównie stawili się Wrocławianie) miał niespodziewany finał. Człowiek spodziewał się łażenia i focenia, focenia i łażenia i tak dalej. Słuchanie historii powstania niektórych drinków, patrzenia jak się je robi i kosztowania – no to nie bardzo kojarzyło się z hasłem Instawalk, dlatego tym cudowniejszą było niespodzianką. I wiecie, life is research dla pisarza, a tu wiedza spływała na mnie – bajka. Ta ostatnia atrakcja była zasługą Double Tree by Hilton we Wrocławiu i długo tego nie zapomnę. I nie dlatego tylko, że to „by Hilton” i och ach, bo raz mi się w delegacji zdarzyło w Hiltonie spać (jeden z fajniejszych hoteli, w których nocowałam), więc na samą markę, to… no nie. Nie zapomnę, bo bardzo miło nas tam przyjęto. Ukłony dla pana barmana za umiejętność opowiadania historii za barem, za lekkość z jaką to robił, humor i podejście do ludzi z drugiej strony. Dla pana kucharza, który opowiadał o tapasach również ukłon i ojeju, ten śledzik. Ci, coście nie mieli okazji go spróbować… w sumie nie wiem co mam wam napisać. Był bardzo, bardzo smaczny, ale jak bardzo to się w słowach nie zawrze.

Właśnie zorientowałam się, że o niedzieli jest już dwa razy tyle tekstu co o sobocie, ale serca nie mam, aby ciąć i omijać, zatem lecę dalej.

A jak dalej, to będzie o Afrykarium.

Ja nie lubię ZOO. Znaczy nie, że nie lubię instytucji i mam coś do niej. Broń cię borze zielony i szumiący! Po prostu, gdy myślę co by tu dziś porobić wyjście do ZOO jest na szarym końcu mojej listy. Zwłaszcza w tak zwanym sezonie. Kilka razy tam w nim byłam i jakoś mi nie grało. Wspaniale za to wspominam wizytę kiedyś, lata temu, późną jesienią. Podstawową różnicą był oczywiście brak tłumów ludzi. Ale wtedy nie było Afrykarium.

Czy jest jeszcze ktoś kto nie słyszał o Afrykarium i jak tak, to jak się uchował? Dzięki władzom wrocławskiego ogrodu zoologicznego i organizatorkom konferencji mieliśmy okazję zwiedzić Afrykarium w godzinach, kiedy ogród jest już zamknięty i w dodatku oprowadzał nas sam dyrektor ZOO. I to była bajka. Tam było dużo ryb, a ryby oglądać lubię (oceanaria <3). I jeszcze pokazano nam część trzewi Afrykarium – podziemia, gdzie kryją się rurociągi i filtry i wszystko inne potrzebne, aby zapewnić zwierzętom w obiekcie właściwe warunki. To było cudowne miejsce i tak, jestem nieco kopnięta na punkcie takich industrialnych klimatów.

Weekendzie, czemuś się skończył tak szybko?!

Siląc się na zwięzłe podsumowanie: warto było zadek ruszyć z domu nawet jeśli koszmarnie źle znoszę upały. Warto było, by posłuchać, by porozmawiać z ludźmi, zobaczyć na żywo tych, których dotychczas znało się jedynie przez szybkę ekranu. Warto było rzyć ruszyć, aby zobaczyć nowe miejsca we Wrocławiu, by posłuchać pana Ratajszczaka, który opowiadał bardzo sympatycznie i ciekawie o ZOO, o działalności ZOO poza murami obiektu i o zwierzętach. Padam na pysk po tym weekendzie, ale niczego nie żałuję (poza nie zdążeniem na lemury, ale ciii). Czapki z głów dla organizatorów i wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że pierwsza duża konferencja Wroblog tak wyglądała. Czapki z głów, po prostu czapki z głów.

 

 


Jak uporam się ze zdjęciami, to z instawalku i Afrykarium zbierze się jakaś konkretniejsza galeria. Póki co zdjęć tyle, co na smaczek ;)


Garść linków dla ciekawych:

profil Wroblog na FB

Wroblogowa strona internetowa

Strona internetowa ZOO we Wrocławiu (i tak, jest otwarte codziennie, w święta też ;))

 

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • DonBolano

    Vipowska wycieczką po Afrykarium! <3

  • Było miodnie! A na afterze się zaiste wygodnie i przemiło siedziało w „loży” :)

    • O tak :D zarówno w pierwszej, jak i w drugiej, jak i na dworze. „Loża” była definiowana ludźmi, nie miejscem :D

  • Też nie rozumiem, dlaczego to tak szybki minęło!!!

    • Bo czasoprzestrzeń jeszcze nie ugina się od obecności blogerów.

      Jeszcze.

  • Browarki w doborowym towarzystwie to od soboty mój ulubiony element blągerskich konferencji ;)

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

. . .

Tru story of my life ;)

więcej komiksów Mileny czai się po drugiej stronie kliknięcia