„Pieśń słonia”


Weźmy prostą historię: wasz znajomy gdzieś się zawieruszył. Teraz cofnijmy akcję w czasie tak, żeby nie było jeszcze telefonów komórkowych, zaginiony niech będzie pracownikiem szpitala psychiatrycznego, a ostatnią osobą, która go widziała, dość trudny pacjent.

To przepis na Pieśń słonia. Bardzo niekompletny i nie oddający sprawiedliwości filmowi, ale jednak.

W tej zupie jest więcej grzybów, drobnych historii. Problemy z ogrzewaniem, dawne życie – takie szczegóły, które same ciągną za myśli, żeby grzebać głębiej. Druga rzecz, to pewne filmowe nawyki u widza i pogrywanie sobie z nimi, choć słowo „pogrywanie” wydaje mi się tu być nieco zbyt trywialne. Wydaje mi się, że nikt tu nie próbował robić widza w ciula. To po prostu jest taka historia, od a do zet opowiedziana w konkretny sposób, a widz sam wyprowadza się na manowce. To siedzi w naszych głowach, nie w filmie.

 

Ale o czym jest Pieśń słonia?

Michael Aleen zabił swoją matkę, artystkę operową, i przebywa w szpitalu psychiatrycznym od pięciu lat. To on jest naszym ostatnim świadkiem, tym, który widział doktora Lawrencea zanim rozpłynął się on w niebycie, i to Michael może pomóc w zrozumieniu, co się mogło doktorowi przytrafić, tylko że nie chce. A może chce, ale na swoich warunkach, ze swoimi żądaniami i w swoim tempie, co nie podoba się dyrektorowi szpitala, który prośbą i groźbą próbuje wydobyć z niego informacje i nie ma czasu na gry i zabawy, bo być może doszło do tragedii. Tylko że Michael gra według swoich przewrotnych zasad i ostatnie, co możemy o nim powiedzieć, to że jest głupi. Nie. Nie jest.


W filmie jest za to spokojnie dozowana akcja. Bez pośpiechu, wybuchów, pościgów, kolorów wybuchających widzowi w twarz, ale z masą emocji. jedynym zabiegiem konstrukcyjnym, który stawia widza w pogotowiu, są dwie linie fabularne. Jedna tak jakby po wszystkim i druga, stanowiąca retrospekcję do niej. Przy czym ta druga dostaje więcej czasu ekranowego. Ta jedna rzecz wystarczy, żeby widza skrobało w mózg pytanie „co zaszło na ich styku”?

Bohaterowie pierwszoplanowi są wyraźnie zarysowani, to oni grają i chcą wygrać. Mają powody, siłę i strategie jak dotrzeć do celu i, przy okazji, wkurzają widza naprzemiennie wtedy, gdy udzieli mu się presja czasu i sytuacji. Nawet nie o to chodzi, że zaczyna się któremuś kibicować. Nie. Raczej narasta paląca potrzeba poznania finału nim dojdzie do tragedii, która jak chmura burzowa wisi nad pacjentem, dyrektorem, pielęgniarką i zaginionym lekarzem.

 

To w zupełności wystarczy, żeby wysiedzieć przed filmem te półtorej godziny. Pamiętam, że pierwsze dwadzieścia minut minęło mi jak z bicza trzasnął, potem jakby zwolniło, a po chwili było już po filmie. Zaś największym atutem zakończenia okazała się jego prostota. W porównaniu z tym, co od sceny do sceny tworzyło się w mojej głowie, zakończenie filmu było czymś zupełnie innym, a przy tym nie rozczarowywało. Jednocześnie za jego sprawą strasznie ciężko się o tym filmie pisze, dlatego pójdźcie i obejrzyjcie, a ja zamilknę. :)

 

 


 

W nagłówku wykorzystałam kadr z filmu :)
Reżyseria: Charles Binamé
Długość: 1g 50m

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: