Karkonosze dla ambitnych bez kondycji


Góry są piękne, widoki zapierają dech w piersiach, a płuca lądują na pieknie brukowanej drodze przyjaźni. Niepiękna wizja dla kogoś, kto chcicłaby górami się nacieszyć, ale kondycji nie posiada. Poniższa propozycja, to trasa na weekend, która prowadzi przez mniej uczęszczane, piękne szlaki. Poza całą masą tekstu o tym którędy i dlaczego tak, chwalę się również zrobionymi na wyjeździe zdjęciami, żeby was jeszcze bardziej zachęcić.

Jako biurowa kluska, która patrzy wilkiem na wszelkie fitnessy (tam każą robić rzeczy do rytmu, a ja zupełnie nie czuję i nie rozumiem co to jest ten rytm i co z nim zrobić) zdecydowanie wpisuję się w grupę osób bez kondycji, co nie jest powodem do dumy. Stwierdzam fakt. Mimo tego lubię góry i choć raz do roku próbuję zaatakować Karkonosze. Zwykle jest to wypad z gatunku przyjechać w piątek po pracy, w sobotę dać sobie w kość, bo jak tu pięknie, w niedzielę umierać, bo znowu rozwaliłam biodro i/lub kolano i powrót do domu. W tym roku byłam jednak mądrzejsza i chcę się podzielić z wami ciekawą trasą, która pozwoli nacieszyć się widokami, a niekoniecznie uczyni z was inwalidów (co nie oznacza, że nie będzie zakwasów, będą, ale one mijają). Cały myk polega na zaplanowaniu noclegu w odpowiednim miejscu. Tutaj było to schoronisko Odrodzenie, ale jak ktoś woli wyższy standard, to obok, po czeskiej stronie, jest w czym wybierać. :)

Dzień pierwszy

Bez szaleństw, z widokami i na spokojnie, żeby kolejnego dnia móc się ruszać i cieszyć wycieczką, a nie umierać przy każdym kroku.

W góry

Można oczywiście wejść na grzbiet i tu od serca plecam zielony szlak przez dolinę Pląsawy aż do Polany i potem wejście na Słonecznik przez Pielgrzymy (mniej zatłoczona droga i mniej monotonna niż przejście brukowaną drogą przez Strzechę Akademicką), ja jednak robiłam sobie dzień dziecka, bo kolejka na Kopę ma dla mnie pewien sentymentalny urok. Nie jechałam nią z 15 lat, więc uznałam, że raz się szarpnę. Przy okazji życie w kolejce do kolejki jest nad wyraz ciekawe i co się człowiek historii nasłucha to jego. Według zasłyszanych opinii najgorzej jest koło godziny 10, więc jeśli się jest rannym ptaszkiem, to można sporo kolejki ominąć zjawiając się wcześniej. Wyciąg hula od 8:30, a bilet dla dorosłej duszy to 28 złotych (stan na rok 2015).

Kierunek: Słonecznik

Z wyciągu kierujemy się na Dom Śląski pod Śnieżką. Jak ktoś chce, może zajrzeć. Plan na ten dzień miałam luźny, spacerowy wręcz, więc mogłbym sobie na to, ale odpuściłam. Większość osób wjeżdżajacych na górę właśnie tam się wybiera, więc w schronisku i na drodze na Śnieżkę jest tłum, a ja tłumów nie lubię. Dlatego odbiłam sobie na Strzechę Akademicką i Słonecznik.

Idzie się grzbietem, więc nie ma długich meczących podejść, czy jeszcze gorszych długich, monotonnych zejść – takie atrakcje jutro. Pójście tędy, zamiast wejścia z Polany na Słonecznik, ma jeszcze jedną zaletę: pozwala ponapawać się paroma pięknymi widokami, które tak byśmy ominęli. Jest zatem Mały Staw z położoną nad nim Samotnią (Strzecha i Śnieżka w bonusie ;)). Jest fundament po Schronisku Księcia Henryka, które spłonęło w 1946 roku. Jest widok na Wielki Staw.

Sam Słonecznik jaki jest każdy widzi. Wielkie skały na szczycie, typowe fomacje dla Karkonoszy, które zdają się przeczyć nieco logice, bo jak w ogóle i dlaczego to się nie rozpada? Ciekawostką jest kamienna ławka obok formacji skalnej ufundowana w 1906 przez Towarzystwo Karkonoskie (Riesengebirgsverein).

Odrodzenie

Gdyby to był przewodnik dla bardzo leniwych, to zasugerowałabym nadłożenie drogi samochodem i wjechanie sobie na Przełęcz Karkonoską. O ile od polskiej strony jest to niemożliwe (droga jest, ale nie wolno na nią wjeżdżać), o tyle od strony czeskiej nic nie stoi na przeszkodzie. Więc niech się nikt nie poczuje zdeprymowany widokiem pełnego parkingu po drugiej stronie drogi od naszego schroniska. Niech go nie zdziwi przystanek autobusowy, zwłaszcza, że dwa ośrodki widoczne ze Schroniska Odrodzenie, to początek. Kawałek niżej jest kilka kolejnych, pod każdym sporo aut.

 

Dzień drugi

Roboczo nazywany dniem czeskim, ponieważ przez pierwszą połowę dnia idzie się przez Czechy. Wędrówka tego dnia dzieli się na „w dół”, „w górę”, „w dół, dół, dół… jak bardzo bym chciała, żeby było przez chwilę pod górkę.” Roboczo wyjście na szlak zakładamy na okolice godziny 9. To powinno dać dosć czasu, żeby przed zmierzchem dotrzec na dół (ja byłam w Bierutowicach koło 16, w dzień dłuższy niż na poczatku października oznacza to spory zapas czasu do zmierzchu).

Skoro idziemy przez Czechy, to warto wiedzieć, że Czesi na znakach podają odległości, a nie czasy przejścia, co ma swoje wady i zalety. Dlatego warto mieć mapę z czasami i sobie jedno z drugim konfrontować. Można wtedy mniej więcej przewidzieć czy bedziemy iść pod górę, czy z górki.

W dół: Bouda Bílé Labe

Pierw żółtym szlakiem – Holmanka – idziemy w dół. Tylko w dół i jeszcze bardziej w dół, dzięki czemu mięśnie mają trochę czasu, aby przypomniec sobie do czego służą. Po otwartych przestrzeniach dnia poprzedniego, dziś szybko wchodzimy w las. I tu uwaga: wiekszość drogi pokonamy kamiennymi ścieżkami, więc jeśli mamy pecha i padał deszcz lub była mgła, to może być ślisko.

W górę: Luční bouda

Gdy już niżej zejść się nie da, to przy schronsiku zmienimy szlak na niebieski – Weberova cesta – i zaczniemy się wspinać – według mapy 90 minut, mnie wyszło bliżej 120 z postojami na wodę, robieniem zdjęć i łapaniem oddechu. Odleglość: około czterech kilometrów drogi zboczem pozostającym przez większość czasu w cieniu. Ścieżka jest wąska i mijanki bez postoju mogą być problemem. Drogę, poza widokami, urozmaica Biała Łaba płynąca przez większosć czasu po lewej stronie i szumiąca radośnie.

Ścieżka wspina się w sposób umiarkowany, chwilami jest stromiej, chwilami dość płasko, na niektóre kamienie po drodze wchodziłam podpierając się ręką, ale ktoś wyższy może by dał radę bez tego. Gdy droga zrobi się szersza, a nad grzbiet wychynie Śnieżka, oznacza to, że już jesteśmy blisko schroniska, którego nie sposób przeoczyć bo jest wielkie. Ale tak wielkie przes same wielkie litery. Mieści się w nim hotel ze strefą welness, restauracja oraz browar. Można płacić złotówkami, po sztywnym kursie (ostatnio było 1PLN = 5Kc, więc nieco się traciło, ale to podatek od sklerozy i niewymienienia złotówek na korony na dole). Warto sobie tu zrobić postój, wyłożyć się na trwaie z piwem i patrzeć w niebo. Nie ma co się spiezyć, bo najgorsze za nami.

W dół: kierunek Biały Jar

Powrót na Drogę Przyjaźni, to chwila aby zmierzyć siły na zamiary i ilość dnia jaka pozostała. Można odrazu skierować się do Strzechy Akademickiej i być na dole szybciej. Można jednak pójść inaczej – dłużej, ale odwiedzając kolejne ciekawe miejsce. Odbicie z Drogi Przyjaźni na Strzechę Akademicką jest wg mnie jednym z najgorszych zejść – stromo, równa brukowana droga, więc ciągle idzie się odchylonym, kolana dostają niezłą szkołę i generalnie nie odradzam, ale prywatnie nie lubię. Na pewno jednak oszczędza się trochę czasu.

Opcja numer dwa to powrót aż pod górną stacje wyciągu na Kopę i stamtąd droga prowadzi przez Biały Jar. To dorga z gatunku stromo w dół, a potem w górę, ale jak w odpowiednim momencie przestać patrzeć pod nogi i spojrzeć przed siebie, to można zobaczyć Wielki Staw z nowej perspektywy, bo znajdować się będziemy na jego wysokości i patrzeć w linii lustra wody (plus minus, bo idealnie w linii to nic nie zobaczymy). Jak dla mnie widok genialny i taki typowo górski. Aż mnie zatrzymało z wrażenia na szalku i tak stałam jak ta trusia i się gapiłam radośnie.

 

Z samego Jaru znów można sobie skrócić drogę i zejść nim na dół i zgubić zęby, albo dojść do Strzechy Akademickiej i tak zwaną droga jezdną dojść do Polany.

Znów preferencja moja: nie chodźcie żółtym szlakiem do Białego Jaru. To monotonna, pozbawiona widoków droga o stałym nachyleniu – moje biodro ją znienawidziło, jak rok temu postanowiłam spróbować. Droga przez Polanę daje okazję popatrzeć sobie z daleka na Słonecznik (tak, tam byliśmy, można się ponapawać), Pielgrzymy i może nas zaprowadzić aż do Świątynii Wang (o ile zaraz za Polaną nie skręcimy w prawo, na szlak prowadzący przez dolinę Pląsawy, o której już wspominałam jako o opcji wejścia na górę).

Teraz pozostaje zapakować się i wrócić do cywilizacji i dnia powszedniego. :)

 

 

 

 

 

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Idealnie dla mnie! :D Mnie góry troszkę odstraszają, bo czuję się w nich tragicznie – mój organizm potrzebuje czasu na aklimatyzację, ból głowy i duszności trochę zawsze psują mi moje plany, ale myślę, że Twój plan jest nawet na moje siły całkiem dobrym pomysłem :D Muszę kiedyś przetestować :D I jeszcze te zdjęcia! *____* Czekałam na ten post i się nie zawiodłam :D dziękuję! <3

  • Śliczne zdjęcia! :)

  • Góry wymarzone dla mnie:) Niestety kondycja dość marna, a chęci na wspinanie się ogromne. Z tego co widzę po zdjęciach – jest tam wspaniale:) Może w tym roku zamiast w Bieszczady pojadę w Karkonosze;)

    • Polecam. Ja z kolei powinnam kiedyś w Bieszczady się wybrać, bo jakoś mi się jeszcze nie zdarzyło. Tyle że do samotnej wycieczki w nieznany górski teren podchodzę z dużą dozą ostrożności. :)

      • To podobnie jak ja, nie zdecydowałabym się na samotną wędrówkę, zawsze przynajmniej z jedną osobą. A Bieszczady polecam, szczególnie Połoninę Wetlińską, mam do niej sentyment:)

  • Brzmi nieźle (mówię jako osoba ambitna bez kondycji) tyle tylko, że nie wiem czy byłoby to dla osób ambitnych bez kondycji i z umiejętnością gubienia się wszędzie :)

    • Powiem ci, że dałoby radę. Tam jest całkiem sporo ludzi momentami, aby zapytać, i jest niewiele dróg xD Oznaczenia szlaków też są, wg mnie, całkiem dobre, choć mam małe porównanie, bo to w zasadzie jedyne góry w jakie jeżdżę (pomińmy masyw Ślęży…).

  • eV

    Nie wyobrażam sobie „podjeżdżać” gdzieś w górach samochodem. Te zapełnione parkingi muszą być naprawdę smutnym widokiem.

    Bardzo ciekawy wpis, masz naprawdę przyjemny styl wypowiedzi. A widoki, które uwieczniłaś na pięknych zdjęciach z chęcią zobaczę na żywo. Twoja trasa brzmi świetnie.

    • Ja sobie wyobrażam. Gdybym jechała na tydzień na przełęcz z rodziną pospacerować i poopalać się, to bym rozważyła wjazd od Czech ;) Wszystko zależy od tego po co się wybiera, z kim i tak dalej :)

  • bardzo ładne widoki, zazdroszczę czasu na takie wędrówki :)

  • Świetne zdjęcia, bardzo pozytywnie mnie nastroiły, chciałabym się tam natychmiast przenieść. :) Z przyjemnością się zaczytałam. :)

    • Dziękuję :D i warto się wybrać, oj warto. Tylko może nie w szczycie sezonu ;)

  • Czesi mają jakoś lepiej zorganizowane te góry, więcej ułatwień, ale to naród wielce praktyczny. A Karkonosze piękne, jak zwykle :-)

    • Będę tę czeską część poznawała bardziej. Pierwsza próba była bardzo zachęcająca :D

  • Karkonosze są idealnymi górami dla mnie ;) Kondycja biurowa, kocham góry i lubię widoki, a te które przedstawiłaś na zdjęciach są rewelacyjne! <3

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: