„Thorn” (Jason Hunt) – kawa, naleśniki i słuchacz usidlony


Przeczytałam Thorn Jasona Hunta (Tomka Tomczyka). Zrobiłam to ot tak, z ciekawości i żeby dowiedzieć się o co ten szum, bo szum był i w zasadzie gdyby nie on, to pewnie bym tej książki w ogóle nie zauważyła, bo autora kojarzę, ale nie śledzę zbyt uważnie tego co robi.

Nie zamierzam teraz ani książki wychwalać, ani piętnować, unosić się w tę czy w drugą stronę. Raczej powiedzieć, co to była za lektura tak ogólnie.

Są różne rodzaje narracji. Jeszcze w szkole podstawowej wkłada nam się do głowy, że jest pierwszoosobowa, trzecioosobowa, że narrator może być wewnątrz świata przedstawionego lub poza nim, może być wszystkowiedzący, albo tkwić w niedoinformowaniu jak my (tylko, że my mamy Google i możemy znaleźć na szybko bryk). W takiej klasyfikacji narrator w Thorn byłby narratorem pierwszoosobowym, wewnątrz świata przedstawionego, ale jeśli chcieć go nazwać naprawdę dobrze, to, według mnie, jest to narrator barowy. :)

Od pierwszych stron miałam nieodparte wrażenie, że o to siadłam sobie w pubie z piwem, a może, żeby w klimacie było, w dinerze z kubkiem kawy z ekspresu przelewowego i porcją naleśników, żeby kofeiną i cukrem zmartwychwstać mój mózg, a wtedy pojawił się on. Dosiadł się na sąsiednie krzesło przy wysokim barze, choć wolnych było wiele innych i wcale nie musiał zajmować dokładnie tego obok mnie, ale ok. Kawa, naleśniki i do przodu. Potem zaczął mówić. Trochę do mnie, trochę do kobitki za barem, ale jednak głównie do mnie. Kawa, naleśniki, damy radę. Słowa szły między uszami i w niebyt, ale to nie wystarczyło. On zaczął wymagać ode mnie potakiwania. Już nie tylko opisywał swoje życie, ale zmuszał mnie, abym przytakiwała mu. Zadawał pytania, wymagał interakcji, a co najważniejsze z góry znał odpowiedzi. Stworzył sobie modelowego słuchacza, ucho na dwóch nogach i wtłoczył mnie w jego formę razem z tymi naleśnikami i kawą.

I tak do ostatniej strony.

Jason Hunt - Thorn

Czytałyśmy z Mendi razem.

Pierw opowiadał tak o, korzystając z okazji, że się ucho trafiło, wyłuszczał historię swojego życia. Malował miasto, gdzie latem zjeżdżali się turyści, opisywał swoje ulubione miejsce, nieco swojego życia, rzucił na zachętę niepokojącym wydarzeniem ze swojego dzieciństwa, które sprawiło, że narosło we mnie oczekiwanie na konkretną puentę. Już trochę mniej chciałam skończyć te naleśniki i pojechać dalej. Zaczęłam rozważać dolewkę kawy, przecież to chwila tylko, a tymczasem w opowieść o przeszłości zaczęła ryć się teraźniejszość. Konkretnie  –  poglądy. Ponadto z czasem zaczął dawać do zrozumienia, że to długa historia i nim się człowiek obejrzał, już był w pułapce.

To trochę natrętny rodzaj narracji. Z jednej strony wymusza na czytelniku odpowiedzenie na stawiane pytania, z drugiej nie daje mu się tą odpowiedzią podzielić. Nic tak nie wkurza, jak “pewnie uważasz, że…” z którym się nie zgadzam, ale przez kolejne pół strony muszę czytać, czemu się mylę tak uważając. Noż! W takich chwilach marzy mi się, aby przekraczanie czwartej ściany było zabronione. Ot tak dla spokoju czytelniczych nerwów.

A o czym opowiada? A o tym, że  nastolatkiem będąc wymarzył sobie karierę pisarza, zawiózł byle jaki maszynopis do Nowego Yorku i generalnie realizujmy marzenia. To taka historia z gatunku nie daj się, nie pozwól, aby ludzie którzy zrezygnowali ze swoich marzeń i dali się stłamsić rzeczywistości ograniczyli ciebie. Bohaterowie wokół opowiadacza, to trochę figury. Pierwsza miłość, kumpel in crime, mentor i tak dalej. W zasadzie nic o nich nie wiemy i wydaje mi się, że nie chciano, abyśmy się dowiedzieli. To narzędzia do przekazania określonej historii podyktowanej określonymi założeniami i te ostatnie nie są zagadką. Patrzą na czytelnika z tylnej okładki. Na pierwszy rzut oka brzmią tajemniczo, ale im dalej w las w lekturze, tym bardziej jasne jest o co z nimi chodzi. Ty wiesz jaka ma być twoja przyszłość i nie zapominaj o niej. W tych czy innych słowach opowiadacz powtarza to wielokrotnie, ilustruje dodatkowymi przykładami, anegdotkami i historiami. Skutek tego dla mnie jest taki, że główna historia się w tym rozpuszcza.

I tu dochodzę do sedna: to trochę jak podręcznik do motywowania się z elementami fabularnymi, a nie powieść z elementami motywującymi. Proporcja, która nie wydaje mi się najszczęśliwszą.

Jason Hunt - Thorn

To dobre hasło, żeby zaciekawić przypadkowego czytelnika, choć czemu jest po angielsku, tego nie wiem.

Co Thorn trzeba oddać, to wizualne szaleństwo, choć nie do końca rozumiem idee stojącą za niektórymi zabiegami. Rozbicie akapitów bardzo sprzyjało odrywaniu się od lektury, a chyba nie o to chodziło. Litery momentami tak duże, że można było akapity czytać z trzech metrów też tak jakoś… Ale zdecydowanie ułatwia to szukanie niektórych cytatów, wystarczy, że pamięta się jaką czcionką były pisane. Wykorzystanie powierzchni papieru jest w Thorn dość minimalistycznie, a zatem niekoniecznie ekonomicznie, ale za to ładnie, a książka czyta się szybciej niż by to wynikało z jej grubości. Jak bardzo przełożyło się to na cenę, trudno mi ocenić, ale jedno powiedzieć można z czystym sumieniem: wizualna strona Thorn pokazuje to jak można zaszaleć, gdy jest się sterem, żeglarzem i okrętem na raz.


I moja największa zagadka: kim jest Andrzej? ;)

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Kobieto pisz więcej recenzji! :D Co do książki, ustawiam się w kolejkę do czytania, bo też jestem ciekawa :D Zwłaszcza tej strony wizualnej (fetyszystka ze mnie książek fajnych graficznie :P), historia mniej mnie ciekawi, bo tak jak piszesz, nie lubię zadawania pytań, na które nawet w domyśle, poprzez refleksję nie mogę sobie odpowiedzieć – wychodzi na to, że jeśli się nie zgadzam z narratorem barowym, to jestem nędznym człowiekiem, który nic nie wie :P Przynajmniej tak, zazwyczaj jest ;) Irytujące.

  • IMOMO.pl

    Tak! Więcej recenzji!

  • Pingback: Książka (nie) motywacyjna | THORN, Jason Hunt – Antymateria Blog()

  • Powiesciologia

    Zgadzam się z poprzednikami z przed 8. miesięcy (co oznacza, że ich słowa nie zmieniły aż tak dużo – może do trzech razy sztuka ;)). Zacznij pisać więcej takich recenzji!
    O ile nie jestem w tym rynku wystarczająco rozeznana, to Thorn rzucił mi się w uszy ;) Byłam bardo ciekawa i muszę powiedzieć, ciekawość zabiłaś.
    Za dużo jest tych fabularyzowanych self-help książek. Stop already!

    pozdrawiam
    K.

  • o nie… nie przeczytam ani strony. Nie lubię jak ktoś mi mówi (pisze) co mam myśleć

    • Witaj w klubie.

      Ale ja jestem jeszcze czytelniczą masochistką xD

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz