Było jutro


Opowiadanie napisane przeze mnie na piątą edycję konkursu Fantazje Zielonogórskie i opublikowane w antologii pokonkursowej.

 

„Fantazje zielonogórskie” to konkurs, który odbywa się cyklicznie od pięciu lat a ja o nim usłyszałam jakieś lat temu dwa, ale dopiero przy piątej edycji postanowiłam zebrac się w sobie i wysłać tekst. Trochę wstyd, że mając do Zielonej Góry, która musi być miejscem akcji, nie tak daleko, to jeszcze mnie tam nie było. Planuję to nadrobić, ale do pisania „Było jutro” podeszłam uzbrojona w wiedzę teoretyczną, pomoc znajomej, która jest z okolic Zielonej Góry i zna miasto oraz w swoje pomysły. Tekst miał nawiązywać do przeszłości, teraźniejszości lub przyszłości Zielonej Góry. Postanowiłam się nie ograniczać i ucapić wszystkie trzy na raz. :)

Więcej informacji można znaleźć na stronie: www.fantazje.adastra.zgora.pl

 

Z góry dziękuję za feedback <3 jego nigdy za mało.

Na później: mobi, epub

(użyj opcji „zapisz jako”)


 

 

„Było jutro”

 

 

Nie lubił wracać o tej porze. Było za późno, żeby ostatni imprezowicze niepewnym krokiem sunęli do domów i za wcześnie, aby zaspani pracownicy pierwszej zmiany cicho przemykali między blokami. O tej godzinie nawet pociągi nie przejeżdżały przez Zieloną Górę i cisza wierciła w uszach. Własne kroki rozlegały się zdecydowanie zbyt głośno, a każdy szelest rozbrzmiewał nienaturalnie i niepokojąco. Nie wiało. Niebo było ciemne. Gwiaździste i bezksiężycowe. Bloki osiedla Pomorskiego spoglądały na Krystiana Zawadę czarnymi oczami okien, w których nie odbijało się nic, jakby niczego przed nimi i za nimi nie było. Ani jutro, ani wczoraj, tylko ulotne tu i teraz.

Carpe diem!

Zaśmiał się.

Idąc starał się ignorować pojawiający się niekiedy nieprzyjemny swąd. Nie było go tu. Swądu. Nie teraz. Był pod koniec XVIII wieku – Krystian czytał o tym jeszcze zanim zdecydował się zjechać w czasie, bo nie mieli stuprocentowej pewności do kiedy trafi; zawsze istniało ryzyko. Już będąc tutaj próbował zrozumieć, dlaczego akurat tamte lata przebijają najwyraźniej? Czemu nie jakieś inne? Przyjemniejsze. Złośliwość losu wydawała się równie dobrą teorią jak niejednorodność memów, wpływ obecnej świadomości i pamięci, na stan poprzednich warstw. Chciał to przeliczyć, sprawdzić, ale tu nie było jeszcze komputera i języka, który by temu podołał.

Przeciął trawnik. Miał wrażenie, że nabot lśni w ciemności i blask ten próbuje go dogonić. Złapać za piętę.

Zanurkował w klatkę schodową. Nie zapalał światła i tylko przypadkiem zauważył wciśniętą między drzwi a framugę kopertę, zanim spadła na ziemię.

Była prosta. Najtańsza biała do dostania na każdej poczcie w mieście. Nie opisano jej adresem nadawcy, nie naklejono znaczka, a jedynie równym, niemalże technicznym pismem zaadresowano.

 

Sz. P. Krystian Horosztyński

Zamarł z nią w dłoni w pokoju pełnym starych map, książek, wydruków i odręcznych notatek, spływających ze stołu niczym zegary Dalego. Od dwudziestu lat nie był Horosztyńskim. Krystian Horosztyński w ogóle się jeszcze nie urodził i nie znajdzie się tu wcześniej jak za lat sześćdziesiąt, a jednak do niego, a nie Zawady, zaadresowano list.

Zorientował się, że drżą mu ręce, gdy koperta wypadła spomiędzy palców i cichutko pacnęła o podłogę.

W bloku panowała cisza. Nikt nie spuszczał wody, nie chodził tupiąc. Przez zamknięte okno na szóstym piętrze nie wpadało do środka światło ulicznych latarni i ciemność otulała go dokładnie. Agnieszka spała za ścianą, gdy najciszej jak potrafił rozrywał papier.

– No, daj spokój. Wszyscy tam jeżdżą, wszyscy piją i nie było żadnych problemów. Null. Zero. Ludzie mają ruinę zamku w dupie, serio. – Przewrócił oczami i westchnął rozdzierająco, a Agnieszka wiedziała, że kolega dużo sobie po tym wypadzie obiecywał. – Nie mów, że boisz się duchów?!

Wzruszyła ramionami i odwróciła się na pięcie. Odchodziła z poczuciem moralnej wyższości, ale nie z zadowoleniem. Wiedziała, że zrobiła dobrze, ale to wcale nie poprawiało jej nastroju. Raczej górę brała w niej świadomość, że to będzie kolejna sobota w jej życiu, która niczym się nie będzie wyróżniać. Zje obiad, poczyta, pogada z ojcem, może przejdzie się na spacer. Wieczorem obejrzy hurtem odcinki rzech seriali, dla których nie miała czasu w tygodniu i tak zrobi się noc, więc pójdzie spać, a gdy się obudzi, będzie niedziela, dzień trzydziesty sierpnia roku pańskiego 2015.

– Nie miałaś być ze znajomymi?

Nie widziała ojca, ale jego głos zabrzmiał, ledwo przekroczyła próg mieszkania.

– Jechali na zamek w Zatoniu – odpowiedziała nie podnosząc głosu. – Robić ognisko, pić na umór i czekać na duchy.

– Duchy?

– Tak, tato. Duchy – potwierdziła i spojrzała na Krystiana, stojącego w drzwiach do pokoju.

Wydawał się zainteresowany, co jej w ogóle nie dziwiło. Od zawsze wiedziała, że jest w tym względzie nawiedzony. Bawiło ją to nawet. Z pewnością nikt w dzieciństwie nie słyszał tak fantastycznych bajek jak ona! Oparła się o ścianę i zmierzyła go wyzywającym spojrzeniem.

– Od jakiegoś czasu, miesiąca lub może dwóch, chodzi plotka, że się tam pojawiają. Ktoś widział damę w jasnej sukni, ktoś jakieś pary wspinające się po schodach, a raczej po powietrzu tam, gdzie chyba była klatka schodowa. Ale to plotki. Wszyscy tam jeżdżą pić, robić ogniska, więc… – Wzruszyła ramionami. – Nie polecam wybierać się w weekendy. Jest coś na obiad?

– Zostawiłem ci makaron…

– Dzięki.

Krystian Zawada zamknął za sobą drzwi pokoju i oparł się o nie. Żółte szkło przesłaniała duża korkowa tablica pokryta karteczkami i masą pinezek, które teraz wbijały mu się w plecy, ale ignorował je. Ze ściągniętymi brwiami, niewidzącym spojrzeniem wpatrywał się w okno na przeciwległej ścianie.

Zatonie było daleko od Zielonej Góry i nie wchłonęła go przecież aż do wtedy, więc nie było powodów do obaw, a mimo tego w dole żołądka zalęgło mu się coś ciężkiego. Bo jeśli te duchy nie były alkoholową marą, grą światła na dymie i złudzeniem, jeśli widziało je więcej osób, jeśli nikt nie kłamał, to może strefa powiększała się, jej krawędzie kruszyły jak lód na jeziorze? Deterioracja granicy przebiegała różnie, na różnych poziomach, płaty degenerowały i…

Odetchnął głęboko. Nie było podstaw, aby spodziewać się najgorszego, ale ciekawość go gryzła i chciał wiedzieć, tak jak może chcieć czegoś dziecko, ale niekoniecznie powinien przeszło czterdziestoletni mężczyzna.

Sięgnął dłonią by rozmasować prawy bark. Bolał go.

– Zgaduję, że te duchy, to mogą być przebitki z innych czasów, tak?

– Możliwe. – Odpowiedział na pytanie siedzącego na kanapie mężczyzny o dobre dwadzieścia lat od siebie młodszego, który był chyba jedyną osobą, jaką w ostatnich latach nazywał przyjacielem.

– Coś cię gryzie i niepokoi. Zawsze gdy tak jest robisz ten ruch. – Marcin zademonstrował, choć w jego wykonaniu wyglądało to o wiele groźniej. Podobnego wzrostu co Zawada był jednak od niego znacznie szerszy w ramionach, biceps miał ponad dwa razy taki i w ciemnej uliczce przestraszyłby niejednego chojraka. Nie wyglądał na typowego studenta fizyki i typowy się nie czuł. Gdyby było inaczej, to zapewne nie siedziałby w mieszkaniu własnego wykładowcy z uniwersytetu, i nie rozmawiał z nim tym tonem. – Ja tego ciągle nie rozumiem do końca, ale mówiłeś, że każda chwila, to taka jakby kartka papieru, odzwierciedlająca przestrzeń i czas. One składają się w stos. – Gestykulował jak człowiek, który sam nie wie o czym mówi, więc musi to sobie narysować w powietrzu i zobaczyć. – I jak one się ze sobą posklejają, to mogą się przenikać i przebijać jedna w drugą, niekonieczne takie od razu sąsiednie, ale dalsze, bo tak – zaśmiał się, a Krystian nie przerwał mu, choć zupełnie co innego było przyczyną jego złego nastroju. – Bo im się tak podoba i to są te duchy w różnych nawiedzonych miejscach. A teraz w Zatoniu coś przebiło i co z tego…? Znaczy wiesz… Oczywiście, że wiesz… że nawiedzonych zamków to w tym kraju jest trochę, a za granicą. – Przewrócił oczami. – Czyli to czasami się samoistnie zdarza, co nie? Mała skala i to się tam jakby prześlizguje po rozwiniętej falowej. Co innego jakieś większe rzeczy, jak zjazd z tej twojej przyszłości do dzisiaj.

Zapadała między nimi pełna pytań cisza. Nie bez powodu Marcin w swojej interpretacji pozostał jednak kolokwialny i wrzucił w nią więcej jakieś i jakby niż zdarzało mu się na co dzień. Gdyby chciał przedstawić swoją naukową teorię, to odwołałby się do zredukowanej zasady van der Hörsta, powołał na post-thallorialną interpretację czasoprzestrzeni i wplótł w to najwyżej jeden niewinny żart, o nieogarnianiu tej kuwety, bo naprawdę przerastało go to momentami. Przytłaczało i czasami wolałby żyć w błogiej nieświadomości jak jego znajomi z roku. A jednak postąpił inaczej, bo chciał, aby Krystian się wtrącił i wypowiedział, zaprzeczył albo przytaknął – ten jednak milczał. Podszedł do okna i patrzył za nie, ale czy widział boisko, drzewa i sąsiedni blok, tego Marcin nie był pewien. W bąblu temporalnym ponoć przebitki zdarzały się częściej i miało to związek z trzecim rozwinięciem zasady nieoznaczoności – kolejną rzeczą, którą Krystian uważał za oczywistą, a Marcin miał problem z pojęciem zarówno koncepcji, jak i stojącej za nią matematyki. Niekiedy – rzadko, ale jednak – zastanawiał się ile lat tak naprawdę dzieli ich teraźniejszości, bo Krystianowe trochę było bardzo nieprecyzyjne.

Nawet jak na astrofizyka.

Ale Krystian milczał, pochłonięty przez myśli o liście, który był niczym więcej, jak zaproszeniem na spotkanie, ale Horosztyński na kopercie budziło najgorsze koszmary

– Tato?

Zaskoczyła go. Godzina była co najmniej nieludzka, zaś on starał się zachowywać najciszej jak potrafił, aby jej nie obudzić. A mimo tego stała w drzwiach do kuchni zaspana, z włosami splecionymi w potargany od snu warkocz, podobna i niepodobna do matki. Szczupła i wysoka raczej po nim, ale z twarzy, spojrzenia i gestów zupełnie jak Marzena, gdy ją poznał przed laty.

– Obudziłem cię?

Potrząsnęła głową i ziewnęła, nawet nie zakrywając ust dłonią, po czym bez słowa zniknęła w łazience.

Myślał, że wróci spać, ale się mylił. Zamiast tego zrobiła sobie herbatę i usiadła na blacie, uśmiechając się zadowolona.

– Tato…

Nie musiała mówić nic więcej, aby wiedział, że czegoś chce. Czegoś, co może mu się nie spodobać. Kilka takich rzeczy przeszło mu przez myśl i nie wiedział, której obawia się najbardziej. Zrezygnowania ze studiów, zanim je jeszcze zaczęła – raczej nie. Zmiany wybranej uczelni – w sumie to tylko brzmiało jak coś strasznego, ale nic więcej. Ukrywanej miłości? Po prawdzie nie miał pojęcia, co jeszcze może siedzieć w jej głowie. Była jego córką, owszem, ale on nie znał w pełni jej rzeczywistości i czasami przekonywał się o tym boleśnie. Nie rozumiał obecnej logiki, bo sam wychował się w innych czasach. Bardziej innych niż Polska Ludowa, choć o niej zwykle myśleli ci, przy których wymsknęło mu się to znamienne: nie wiem, moje dzieciństwo, to był inny świat.

Milczał i patrzył wyczekująco.

– Chcemy sobie zrobić pożegnanie lata w trzecim tygodniu września, ale takie z pompą. Rodzice Dominika zgodzili się udostępnić nam swój domek w Bieszczadach i chcemy tam pojechać paczką z klasy, bawić się, cieszyć końcówką najdłuższych wakacji w życiu i w ogóle.

Nadużywała tego w ogóle i czasami zwracał jej na to uwagę. Powtarzał, że to nic nie znaczy i stanowi zapychacz, ale zdawało się, że nie jest w stanie już nad tym zapanować.

– I? – Starał się nie zabrzmieć wrogo, po prostu chciał usłyszeć pełne pytanie.

– Nie masz nic przeciwko?

Spoglądała na niego kątem oka, niby taka świadoma, że jest pełnoletnia, że może o sobie decydować i dwudziestego szóstego września wyjedzie do Gdańska na studia, gdzie będzie mogła robić co chce i jak chce, bo Krystian nie dowie się o niczym, jeśli ona mu o tym nie powie. Zarazem jednak chciała jego pozwolenia. Czysto formalnego, ale potwierdzającego, że wciąż jest jej ojcem i może na niego liczyć.

– Jesteś dorosła…

Zmarszczyła czoło.

– I wierzę, że nie zrobisz na takim wyjeździe niczego, czego potem którekolwiek z nas mogłoby żałować – dokończył, a Agnieszka westchnęła głęboko i zaśmiała się.

– Dziękuję.

– A teraz spać.

– Spać, srać, ja mam jutro wolne, a ty nie. Ty powinieneś iść spać, a ja do rana mogę oglądać seriale – droczyła się, ale widać po niej było, że jest śpiąca i nie zdołałaby dotrwać do końca pierwszego odcinka. Wykorzystała okazję, aby porozmawiać, ale wyczerpawszy temat sama zamierzała wrócić do łóżka i nie potrzebowała zachęty. Ziewnęła i zeskoczyła z blatu.

– Dobranoc.

Jeśli zauważyła leżący na kuchennym stole list, pisany aż nadto dużymi literami, to nie dała tego po sobie poznać, ale Krystian zganił się za nieostrożność i szybko sięgnął po niego. Gdyby Agnieszka zdecydowała się wrócić, wolał mieć go w kieszeni.

Tak jak poprzedni tak i ten zaadresowany był do Krystiana Horosztyńskiego, napisany na białej kartce papieru do drukarki i umieszczony w równie bezpłciowej kopercie bez znaczka i adresu nadawcy. Pismo ponownie było niemal techniczne i tylko słów więcej, a najbardziej wśród nich wybijały się my i córka. Przejmowały go dreszczem bardziej, niż inżynieria przyszłości czy kreowanie dobrobytu, które powtórzono trzy i dwukrotnie. Miał wrażenie, że wie, jak Marcin skomentuje ten list, do jakich filmów się odwoła i jak inaczej będzie na niego patrzył, a mimo tego czekał na świt, aby móc zadzwonić i umówić się na spotkanie. Opowiedzieć, że nie gnębią go duchy z Zatonia – to tylko naukowa ciekawość. Za to listy, to coś zupełnie innego.

Zamknął oczy i wsłuchał się w ciszę.

Jechali przez miasto maleńkim tico Marcina, w którym podpierał on kierownicę kolanami, a na progach zwalniających na Kilińskiego ryzykował uderzeniem głową w podsufitkę. To był jeden z ich paradoksów – student podwożący wykładowcę – ale Krystian nigdy nie zrobił prawa jazdy. Nie zrobił też wielu innych rzeczy, bo bał się nieciągłości, jakie wywoła jego zniknięcie. Wciąż zakładał, że kiedyś wróci, choć z roku na rok coraz rzadziej rozmyślał o tym, kiedy to nastąpi. Już nawet zaglądający raz na rok ludzie z instytutu, próbujący, jego zdaniem bezskutecznie, wmieszać się w tłum na winobraniu, przestali go o to pytać i spotkania stały się krótkimi, pozbawionymi plotek wymianami informacji o jego badaniach, o postępach w buforowaniu i nic więcej.

– Pójdziesz tam?

Jeszcze zanim wyszli z liceum, w którym Marcin dzielnie praktykował przez pierwszy powakacyjny miesiąc, Krystian pokazał mu listy. Oba.

– Nie wiem – odparł i potarł oczy.

– Będziesz dalej zgrywał, że nic nie wiesz? – Marcin nie ustępował. – Bo wiesz, wydają się dość uparci i przekonani, że mają rację z tym kim jesteś i skąd… z kiedy jesteś. – Mrugnął porozumiewawczo okiem, czego Krystian nie skomentował. Patrzył przed siebie, na drogę, którą już znał, która nie zmieniła ostatnio i nie miała za szybko zmienić. – No i to nazwisko. Twój kontakt powinien znowu być na winobraniu, o czym też zdaje się wiedzą, więc jak?

Skręcili w Kożuchowską.

– Przedstawisz ich sobie i niech się sami martwią? W ogóle, kontakt brzmi jak z jakiegoś filmu – Marcin mówił nieprzerwanym potokiem słów, a Krystian słuchał w milczeniu.

Próbował sobie przypomnieć, kto go w ostatnich latach odwiedził. Przeliczyć ile czasu minęło w przyszłości od chwili, gdy zjechał. Półtorej roku? Bliżej dwóch? Nie był pewien i irytowało go to, szarpało cierpliwością i tak mocno nadwyrężoną przez nieprzespaną noc. Dla niego minęło dziewiętnaście lat, ale to nic nie znaczyło. Wygrzebywał z pamięci kolejne imiona, rozmowy przeprowadzone na rynku, w cieniu sukiennic lub na spacerze parkiem tysiąclecia, starał się odtworzyć zapomniane słowa, bo ktoś z nich musiał spotkać się z autorami listów i opowiedzieć im za dużo. Może zrobił to pijany, może zaćmiło go, a może uważał to za zabawne, a oni zamiast wziąć go za wariata, uwierzyli. I w to, że jest w przyszłości, i w bańki temporalne, i w prawo Lansiera, a przede wszystkim w niego samego – w Krystiana Zawadę – i go znaleźli.

Przyszłość, jakkolwiek dobra i z naszego punktu widzenia optymistyczna, mogłaby być przecież lepsza. Zdawanie się na ślepy los jest z gruntu naiwne, żeby nie napisać, że prymitywne.

Prześladowały go te dwa zdania z drugiego listu. Nie pozwalały się skupić, atakowały myśli ilekroć widział reklamę choć marginalnie odwołującą się do przyszłości. Całą noc próbował wskazać palcem kogoś, kto mógłby takie poglądy podzielać, ale nie znalazł. Nie, po prostu nie, ale…

– W ogóle nie macie tam jakiś testów weryfikujących kto może skoczyć? – Marcin wydawał się podekscytowany. – Szkolenia, lata przygotowań w tajnych placówkach. Białe ściany, pokoje bez okien, znajdujące się dziesięć pięter pod ziemią? – Rozkręcał się, przed oczami miał fragmenty filmów, grafik, książek i komiksów. – Tysiące podań, uzasadnień badań, jakie na nas przeprowadzicie, zaświadczeń, egzaminów, symulacji?

– Nie – Krystian zatrzymał go. – Skręć do centrum.

W pierwszych latach odwiedzały go w kółko te same osoby, ale w pewnym momencie zaczęli zjawiać się dalsi znajomi, współpracownicy, krewni i znajomi królika, zupełnie jakby byli odległą rodziną sprawdzającą jak się tu urządził i przy okazji zabierali paczki informacji dla historyków, rekreacjonistów i fizyków. Niektórych z nich znał słabo.

– Nie, nie mamy – w głosie Krystiana słychać było rozbawienie, które nie przystawało do sytuacji w jakiej się znalazł. – Ty ciągle widzisz to tak, jak pokazują w obecnych filmach. Kontrolowane podróże, może jakiś urząd sprawujący nad nimi pieczę, może wręcz policja, ale niczego takiego nie ma. – Trochę kpił i przebijało to z tonu jego głosu, ale równie dobrze mogło być wzięte za belferską manierę. Nie myślał o tym. – Podróże w czasie jako takie nadal są science fiction, a Thalloris to ewenement, jednostkowy przypadek, bo nikt nie zdecyduje się stworzyć takiego miejsca po raz drugi.

Nie dodał, że stworzyli CALLIS przypadkiem, że nie zamierzali, że to miało być coś zupełnie innego, a potem zdarzył się wypadek. Tragiczny wypadek, który na wiele lat praktycznie starł miasto z powierzchni ziemi i nikt nie wiedział co z niego zostanie, gdy za naście lat uspokoi się thallorialne pandemonium. Wypadek, który naruszył niezależność konstruktu czasoprzestrzennego rzeczywistości i umożliwił te zjazdy w przeszłość, ale mieli więcej szczęścia niż rozumu, że tylko na tak małym obszarze zarówno w przestrzeni i czasie. Mogło być o wiele gorzej i tak absolutnie nie rozumieli fizyki stojącej za katastrofą, że nie odważono się próbować po raz drugi.

Marcin słuchał go z nieco zawiedzionym wyrazem twarzy i jasnym było, że próbuje sobie stworzyć w oparciu o to wizję przyszłości, a efekt nie bardzo mu się podoba.

– Ryzyko zawitania przed rok 1669, gdy odgórnie zakazano na terenie całego kraju skazywania na śmierć w procesach o czary i w końcu nawet w Zielonej Górze musiano tego zaprzestać. To ryzyko niewpasowania się w otoczenie i śmierci, zniechęca wielu nawet do takich zjazdów, żeby ze mną porozmawiać. Nie wszystkich, ale sporo, bo to nie jest ryzyko wyssane z palca. Owszem, większość skazanych była jak najbardziej z wtedy, ale pewnikiem fakt, że wymierzano tu tę karę nawet wtedy, gdy w reszcie kraju jej zaniechano, jest związany ze zjeżdżającymi z przyszłości. Kilku złapano, to wystarczyło, aby strach się utrzymał.

Marcin nie wtrącał się w ten pełen przerw monolog, bo wtedy Krystian przerwałby i już do tematu nie wrocił. Zawada niechętnie mówił o przyszłości, a jeśli to robił, to tylko gdy się zamyślił i bardziej sam sobie wyjaśniał niż jemu. Zupełnie to Marcinowi nie przeszkadzało. Był posłusznym studentem, który do perfekcji opanował kiwanie głową na wykładach. Nieważne jak nudnych.

Opowieści Krystiana nudne nie były.

– Ludzie naprawdę wolą czytać o historii niż umierać w niej. Wszystko brzmi pięknie w teorii, ale… Nie było mnie tam jakiś czas, nie wiem jak to się obecnie rysuje, ale takie rzeczy raczej nie zmieniają się zbyt szybko, więc nie ma przesadnie wielu chętnych, w których można by przebierać jak w ulęgałkach. Poza tym zjechać w ten sam okres raz wystarczy większości. Dzień lub trzy tutaj i swoje widzieli. Dlatego oni – i przy tym słowie całe rozbawienie z jego głosu znikło, cały zapał, z jakim wyjaśniał ulotnił się i ton jego stał się suchy i przepełniony zrezygnowaniem. – Potrzebują mojej pomocy, bo nie wiedzą kto się pojawi. Nie rozpoznają go, ani on ich, ale coś ma dla nich mieć.

Coś wydawało się kluczem, ale nie miał pomysłu, co by to mogło być. Jaki przyrząd, narzędzie z przyszłości mogłoby okazać się im potrzebne teraz, żeby przeprowadzić plan? Marcin mu nie pomagał, sypiąc anegdotkami z Powrotu do przeszłości, Terminatora i 12 małp. Wręcz irytował i na swoje szczęście w porę zdał sobie z tego sprawę. Zamilkł i dłuższą chwilę spędził na metodycznym pochłanianiu posiłku. Odezwał się dopiero, gdy na talerzu nie zostało mu już nic.

Trzeci list leżał na stole, przy którym od dawna nie spożywano posiłków, bo Krystian zaanektował go na swoje notatki. Na mapy, zdjęcia, wydruki długich artykułów często zdających się nie mieć ze sobą związku. Teraz one wszystkie cieśniły się na jednej połowie, a list, dwa kubki i paczka niedojedzonych draży władały drugą. Koperta znowu była bezpłciowa, znowu zaadresowana na Horosztyńskiego i pozbawiona informacji o nadawcy. Znalazł ją w skrzynce pocztowej i omal nie wziął za reklamę. Treść stanowiła permutację poprzednich wiadomości. Prośba, wizja, groźba, nadzieja.

Proszę pomyśleć o córce.

– Myślisz, że serio mogą coś zrobić Adze?

Marcin pierwszy raz zabrzmiał na naprawdę przejętego.

– Ty mi powiedz. To twoje czasy pełne szaleńców.

– Czasy jak czasy – prychnął. – Czuję się jak w filmie. Jakaś organizacja chce stworzyć przyszłość idealną, znajdują na to sposób, ale jest tuż poza ich zasięgiem. Potrzebują pomocy i za wszelką cenę ją zdobędą, bo przecież chodzi o przyszłość miliardów, więc jednostka jest składana w ofierze dla lepszego jutro. Jestem pewien, że ktoś to już napisał lub nakręcił, tylko w rolach głównych byli przystojniejsi faceci, a czarny ginął pierwszy. – Zaśmiał się, ale szybko spoważniał. – A nie możesz zjechać niżej, przyłapać takiego, jak ci podrzuca list, przyprzeć do ściany i zastraszyć… – Zmierzył Krystiana wzrokiem. – No może nie przyprzeć, do tego niespecjalnie masz warunki – poprawił się, bo poza wzrostem Krystian był według niego poniżej wszelkich norm, które powinien spełniać potencjalny napastnik. – Ale zastraszyć umiesz. Pierwszoroczniaki mogą zaświadczyć.

– Bycie podwójnie w tym samym okresie czasu jest…

– To podjechać na chwilę na swoje piętro i powiedzieć, że jest problem, bo ktoś coś stamtąd szmugluje tu, a potem wrócić w kilka minut po zniknięciu i żyć dalej? Bo szmugluje, co nie? Chyba nie można sobie nie wiadomo czego tak wozić. Ja nie twierdzę, że to będzie od razu bomba neutronowa w wersji trzy zero, ale na pewno coś pomocnego, czego ci tutaj nie mają, co nie? Sam to już przyznałeś. I to zagraża w sumie istnieniu tych tam, więc w ich interesie jest coś z tym zrobić, prawda?

– Jeśli wrócę do T0, to szanse, że Agnieszka zniknie jakby jej nigdy nie było, ciągle są bardzo wysokie. Sześćdziesiąt procent. Może więcej, nie mogę tego tu dokładnie przeliczyć. Spadną znacząco jak się ustatkuje, będzie mieć dzieci. Wtedy może… Ale nie wiem na pewno. Nikt tego nie sprawdzał i mam jedynie teorie, a eksperymentować na Adze…

– Więc pójdziesz.

Przytaknął.

– Idę z tobą. Aga by mnie zabiła, jakby coś ci się stało, a ja bym na to ot tak pozwolił, więc nawet nie protestuj.

Krystian założyłby się, że Marcin byłby zawiedziony otaczającą ich scenerią, gdyby tylko mógł ją zobaczyć. Ale nie mógł, bo leżał nieprzytomny kilka metrów obok plastikowego kompletu mebli ogrodowych. Stół był nieco sczerniały, krzesła zmatowiałe, długa ławka zaś za niska, ale Lubierskiemu zdawało się to nie przeszkadzać. Siedział na niej, nogi wyciągnąwszy przed siebie i skrzyżowawszy w kostkach, i patrzył na Krystiana z dołu. Nie wyglądał jak ten zły z filmów. Nie pasował, a jednak Krystian nie wątpił, że to on pisał listy tym niemal technicznym pismem. To przebijało z pewności ruchów, gdy nalewał wody do szklanek, gdy wyłączał telefon i poprawiał okulary przeciwsłoneczne.

– Na pewno pan rozumie korzyści takiej inżynierii, planowanego rozwoju ludzkości.

Znajdowali się wśród ogródków działkowych. Nie tu mieli się spotkać, ale tu ich przewieziono zanim w ogóle podjęto rozmowę, która zaczęła się od pełnego ulgi nareszcie.

Nareszcie, bo do dwóch spotkań nie doszło.

Nareszcie, bo winobranie zaczynało się już jutro.

– Nie da się prowadzić inżynierii tego typu – powtórzył coraz bardziej zirytowany. – Zmienicie coś teraz, to już możecie nie dostać feedbacku, bo wasz kontakt nigdy się nie urodzi, a nawet jeśli, to może mieć inne poglądy. To prawie jak paradoks dziadka. Znacie go przecież. Przy zjazdach wstecz jest element bańki temporalnej, którym czasoprzestrzeń broni się przed zniekształceniem, odcina na dłuższą metę zjeżdżającego od poziomu na jaki zjechał, ale wy chcecie odciąć się jako cały świat! A to wygeneruje nową przyszłość i wymaże starą, albo stworzy wszechświat równoległy, ale mowy nie ma o feedbacku, pozwalającym na zweryfikowanie, korektę…

Lubierskiemu uśmiech nie schodził z twarzy i Krystianowi przypomniały się te wszystkie wizje i pytania Marcina, które czasami go bawiły, czasami sprawiały, że wywracał oczami, niekiedy, rzadko, irytowały. Mina Lubierskiego sprawiła za to, że nóż mu się otwierał w kieszeni. Nie jakiś tam kozik, ale cieniutkie ostrze, zmieniające ranę w rozrastającą się plamę spalonej tkanki, której smród był jednym z najokropniejszych, jakie poznał. Takich noży tu nie mieli. Nawet w przyszłości stanowiły raczej niespotykaną broń, a on sam wolał nie wspominać okoliczności, w jakich je poznał, ale w tej jednej chwili chciał go mieć.

Zacisnął dłoń w pięść, aż poczuł jak paznokcie wbijają mu się w skórę.

Bolało.

– Jedyne o co prosimy, panie Horosztyński, to pomoc w odnalezieniu kontaktu i przekazaniu nam paczki, którą będzie miał zapewne dla pana. Nieważne kto to będzie – Lubierski tłumaczył mu powoli po raz czwarty, czego oczekuje. Nie szukał synonimów, nie układał nowych zdań, czasami tylko zmieniał szyk, jakby konkretne sformułowania wyryto mu na sztywno w pamięci. Tylko że nie wyryto. To była zakazana technologia, która jeszcze nie powstała. – Naprawdę włos mu z głowy nie spadnie. Pana córce również. Chodzi tylko o przesyłkę. Nie musi się pan obawiać o siebie, chroni pana bańka, pan to wie, ja to wiem. I nic tam na pana nie czeka, prawda? Żadna narzeczona, ukochani krewni.

Zamilkł i Krystian czuł, że powinien zapytać skąd to wie? Hasło, odzew, na wieki wieków – amen. Lubierski czekał. Uśmiechał się i patrzył, jakby się zaciął. Nie mógł ruszyć dalej, póki nie padnie komenda.

Przy obdrapanej altanie Marcin dochodził do siebie. Stęknął, czym zaburzył ciszę. Zniszczył napisany scenariusz i zakłócił realizację starannie przygotowanego planu, który uwzględniał wiele zdarzeń losowych i przeszkód, ale nie jego.

– Jeśli pan będzie chciał, to potem wszystko panu jasno objaśnimy – odezwał się Lubierski tym samym miękkim i spokojnym tonem, a Krystian w końcu znalazł dla niego nazwę. Mentorski. Nawet nie belferski, ale jak u pielgrzyma pośród nierozumnych. – Będzie to nawet dla nas zaszczytem, jeśli wspomoże nas pan swoją wiedzą. Może się pan uważać za średniej klasy naukowca, ale to było tam. Za pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Teraz pana wiedza to geniusz w najczystszej postaci. – Nie słychać było w jego głosie podekscytowania ani zachwytu, choć malowały mu się one na twarzy. – Proszę dać nam szansę? Nie pożałuje pan. Gwarantujemy. Wielu już próbowało stworzyć przyszłość idealną, ale dzięki panu my możemy to zrobić pokojowo. Nikt nie zginie.

Chciał wybuchnąć śmiechem, ale się opanował, choć drżał cały. To było bez sensu. Cztery razy już wytłumaczył, że nie mogą tak sobie korygować jak chcą, bo po prostu szybko stracą feedback i to wszystko jest bez sensu. Nie wiedział jak inaczej powiedzieć im, że bez planu, potężnej analizy zachowań ludzi, rozwoju nauki, ekonomii i klimatu, wszystkich maleńkich składowych rzeczywistości, do jakiej ich komputery po prostu się nie nadawały, nie mieli szans, bo feedback, na który liczyli nie będzie miał miejsca. Byli naiwni jak Marcin i pierwszy raz od dawna poczuł obrzydzenie na myśl o ich zacofaniu. A Lubierski mówił i mówił.

– Nic pan nie ryzykuje, a pomoże pan tworzyć lepsze jutro. Przecież chce pan, aby pana córce żyło się dobrze i lepiej ode mnie wie, jakie burze i zawieruchy będą targać jej światem. To jak będzie? – Na chwilę przestał się uśmiechać i obrócił w palcach telefon. – Jedno słowo i będzie bezpieczna. Będzie mogła pojechać na wymarzony wyjazd z przyjaciółmi, a potem na uniwersytet.

Krystian wzdrygnął się, poderwał z miejsca i dwóch towarzyszy Lubierskiego, krępych, schludnych, ale o nieprzyjemnych twarzach, od razu do niego doskoczyło.

– Obiecuję. Jest młoda, ma tyle życia przed sobą. Jest naszą przyszłością. Moją – zaśmiał się ani chybi rozbawiony paradoksem kryjącym się w pierwszym stwierdzeniu. – Możemy o nią dbać, zagwarantować jej przyszłość, dzięki której spotkacie się kiedyś po raz drugi. Jak to będzie poznać własną córkę samemu będąc od niej tyle lat młodszym? Takie możliwości i naprawdę nikogo to nie kusi?

– Nie da się być dwa razy w tym samym czasie – Marcin wymamrotał niewyraźnie.

Na chwilę na nim skupiła się uwaga wszystkich. Nieudolnie próbował wstać, ale kiwał się, nie mógł złapać równowagi. W końcu usiadł jak szmaciana lalka i spojrzał spode łba na Lubierskiego. Temu z gardła wyrwało się krótkie och.

– W takim razie jej pan nie spotka, ale chroni pana bańka, więc tu dożyje pan starości, a tam po prostu się nie urodzi. Piękny paradoks, prawda?

Przytaknął.

Odruchowo.

– Więc rozumiem, że pozostaniemy w kontakcie.

Będziemy obserwować pozostało w niedomówieniu.

Trzy godziny później Krystian Zawada nazwał siebie kretynem. Miało to miejsce w salonie w jego mieszkaniu, gdy nerwowo porządkował dokumenty i notatki na stole. Przekładał swoje raporty i dane do późniejszej analizy, które miał przekazać w górę – w przyszłość. Oczywiście, że Lubierski wiedział, że potrzebuje tej przeklętej analizy. Zdawało sobie sprawę z niemal wszystkiego, co mu Krystian tłumaczył. Nie był głupi i ta myśl Krystiana przeraziła w równym stopniu, co nagłe uświadomienie sobie, że analiza zjawi się w tej teraźniejszości może już jutro. Przybędzie prosto z Zielonej Góry T0, może nawet opatrzona błyszczącym logiem miasta przyszłości, bo czemu by nie. Po wypadku odświeżono ten ustanowiony na początku XXI wieku slogan miasta i sygnowano nim wszystkie dokumenty z nim związane i wszystkie paczki dla niego.

– Każdy może tak sobie coś wnieść i przerzucić w przeszłość. To głupie! A jak komuś odwali?

Krystian zgadzał się z Marcinem. Tak, głupie tu i teraz. Tam, w Thalloris nikt by tak o tym nie pomyślał. Znali ryzyko i coś takiego byłoby przekreśleniem własnego istnienia. Szaleństwem, a to się nie zdarzało.

Do niedawna – pomyślał.

Poczuł się stary i spaczony początkiem XXI wieku. To był cud, że tyle lat tu przeżył, że nie zrobił czegoś nieskończenie głupiego. Miał tyle szczęścia.

– Z takim planem będą mogli wymazać wszystko, co dla mnie już było i stworzyć swój idealny świat.

– Świat dla takiej elity jak oni – Marcin prychnął. – Weź Agę, wyjedźcie na dwa tygodnie i niech skisną.

– Wrócą za rok. Będą wracać raz za razem. Może nawet w końcu znów zjawi się ten, kto z nimi współpracuje i wtedy nie będę musieli prosić mnie o pomoc, a moja przeszłość tam w przyszłości w końcu zniknie i tak.

I skłamałby mówiąc, że była idealna, jedyna i niezastąpiona. Że ludzie byli wspaniali i że mu na tylu zależało, że do rana wymieniałby imiona tych, za którymi skoczyłby w ogień.

– Czyli co? Musi wyjść na ich i nic nie możemy zrobić? Nie możemy dać jakiegoś cynku, a paczki zniszczyć?

Za ścianą Agnieszka rozmawiała przez telefon. Pojedyncze słowa przesączały się przez wielką płytę i mogli domyślić się, że umawia się na spotkanie. Na zabawę. Nie miała pojęcia, że przez większość dnia, ktoś nieustannie ją śledził, nagrywał i mógł zrobić o wiele więcej.

– Będą obserwować…

– Nie dadzą szansy, co nie? Żadnego wyjścia i twoja przyszłość po prostu zniknie. Tamci ludzie się nie urodzą… Czy to można nazwać morderstwem? Mówili, że zrobią to bezkrwawo, ale jak się zastanowić, to… – wzruszył ramionami i skrzywił się. – Sorry, że to powiem, ale podróże w czasie to poroniony pomysł, a to teraz jest już totalnie jak film. Taki na nutę Jądra Ziemi czy Armagedonu. Samotny ojciec, ratowanie całego świata i tak dalej…

Wiedział. Wiedział też, że nie jest materiałem na bohatera. Gdyby był, to przecież nie czekałby do trzeciego listu, a wykorzystał czas, aby coś zdziałać, zmienić. Ale wolał się miotać, a teraz pozostało mu jedno rozwiązanie. Dokładnie to, które Marcin sam podał przed kilkoma dniami, i które wtedy skreślili.

Odetchnął.

Wiedział, że jeśli zawaha się i da sobie choć noc do namysłu, to się nie odważy. To przekreśli życie tych wszystkich ludzi, z którymi się wychował, których lubił, nienawidził. Takich, co ich nawet nigdy nie poznał. A potem nigdy nie będzie umiał sobie tego usprawiedliwić, bo wystarczało, aby raz Marcin nazwał to morderstwem, aby go wystraszyć.

– Będzie dobrze – westchnął i dodał krótkie i tylko dla niego cokolwiek znaczące: szarlsz.

Słowo klucz zaszeleściło mu w uszach, obudziło uśpiony od lat implant i poczuł jak spada. Jak tysiące głosów zalewa jego myśli, jak przekrzykują się nie wiedząc o swoim istnieniu. Nie mając pojęcia, że on tu jest, że był i że już go nie ma. Słyszał Agnieszkę, ale nie rozumiał słów, jakby pięć jego córek mówiło na raz, jedna przez drugą i o czymś innym.

 

*

– Zredukowaliśmy twój czas do dnia na godzinę w końcowej fazie, ale i tak wyskoczyłeś na ponad dwa lata. Niektórzy już obstawiali, że w ogóle nie wrócisz. Twoje raporty docierały tutaj, swoją drogą trafianie w jeden tydzień przez kilka lat było w cholerę trudne, naprawdę. Czasami jak śpię, to śnią mi się obrazki Thalloris, widzę budynki i czuję potrzebę rozpoznawania ich. Co w którym roku zbudowano, kiedy przemalowano bibliotekę, kiedy otworzono Biedronkę przy Piwnej. Rzygam tym, jeśli byś pytał, dawno bym rzuciła tę robotę i nie patrzyła stąd na miasto ani chwili dłużej, gdyby nie to, że tam tkwiłeś. Doceń przyjacielską troskę.

Krystian stał na tarasie gondoli zawieszonej u szczytu kopuły przykrywającej Zieloną Górę. W dole rozgrywało się thallorialne pandemonium. Płaszczyzny czasu walczyły ze sobą, przenikały się, mieszały ze sobą jak szkiełka w kalejdoskopie. Żadna konfiguracja nie trwała dłużej jak kilka minut. Niektóre nie wytrzymywały nawet eksataktu. Na wieży Braniborskiej otwierano teleskop, na osiedlu Pomorskim palono zwłoki. Od zachodu miasto urywało się daleko przed kopułą, a bliżej centrum płonęło.

Mrugnął.

Płonęło południe, wciąż tym samym XVI-wiecznym ogniem, ale w miejscu zgliszcz na zachodzie pyszniły się nowe domy, lśnił szklany gmach – Krystian nie pamiętał go, musiał istnieć gdzieś między jego pierwszym przyjazdem tutaj, a rokiem 2015. Jovanna pewnie by mu to powiedziała, gdyby tylko Krystian zapytał.

– W ogóle powinieneś tu być? W ramach korekty po zjeździe nieźle cię musieli naszprycować, aby jakoś te dwadzieścia lat normalnego starzenia zniwelować. Zresztą ładnie sobie poradzili – zaśmiała się. – Jak cię liftngowali, to rada wydziałowa zaczęła wprowadzać dyrektywy i polityki co do zjazdów. Skończyło się rumakowanie. – westchnęła ciężko. – Wiesz czemu?

Znów pożar. Pół Pomorskiego zasnuwał dym palonych zwłok, z drugiej połowy wyrastały betonowe szkielety budowanych bloków. Na chwilę przy obserwatorium na wzgórzu pojawił się zarys CALLIS, nim wybuchnął i zmienił Zieloną Górę w miasto przyszłości, przeszłości i teraźniejszości na raz.

– Opowiesz? – zapytała cicho Jovanna i zabrzmiało to jak zaproszenie do wyżalenia się.

– Kiedyś. Może.

Odwrócił się i skierował ku windzie. W przewieszonej przez ramię torbie leżał ukończony rękopis opracowania, które zajmowało go przez ostatnie tygodnie. Napis na pierwszej stronie głosił:

Krystian Horosztyński

Propagacja fali z punktu dywergencji do chwili TxA-0

jako jeden z paradoksów temporalnych w teorii predestynacji post-thallorialnej.

Z dedykacją dla Agnieszki Zawady, której nie dane było być.


Na później: mobi, epub

(użyj opcji „zapisz jako”)

I to by było na tyle :( Jeśli masz ochotę powiedzieć mi, co myślisz o tym opowiadaniu, to proszę skomentuj poniżej lub napisz do mnie maila (adres w zakłądce „Ja”), lub skontaktuj się ze mną za pośrednictwem Facebooka albo Twittera (linki w menu na dole). Z góry dziękuję, bo feedbacku nigdy za mało. :)

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

. . .

Tru story of my life ;)

więcej komiksów Mileny czai się po drugiej stronie kliknięcia