Lipiec w kinie


Lipiec miałam filmowo dość bogaty, bo były Nowe Horyzonty. Pierwszy raz w życiu byłam na seansach festiwalowych, pierwszy raz w życiu widziałam tak pełne sale kinowe i tyle ludzi w samym budynku kina i to o północy. Zrobiło to na mnie wrażenie i teraz jakoś mi dziwnie na myśl, że w tym tygodniu nie wiem czy w ogóle do kina pójdę, a jak pójdę to na co. W ubiegłym miałam to wszystko zaplanowane. Ale na pierwszy ogień dwie rzeczy, które obejrzałam bo tak. Bo mnie naszło.

„W głowie się nie mieści”

reż. Pete Docter, Ronaldo Del Carmen / USA 2015 / 101′

Nie mogłam na to nie pójść. Nie po trailerze, który zapowiadał przednią zabawę i film nie zawiódł na tej linii. Można dumać, czy wizja dzieciństwa w nim pokazana jest właściwa, czy nie. Na pewno jest wyidealizowana, ale o to chyba chodziło, zwłaszcza, ze rodzice zazwyczaj chcieliby takiego dzieciństwa dla swoich dzieci, a że wychodzi jak wychodzi, to już jest brutalna rzeczywistość.

Film jest przyjemny. Zabawny, przejmujący – choć chwilami serio miałam już dość kolejnych trudności piętrzonych przed bohaterkami, zupełnie jakby ekipa siadła i robiła listę, co jeszcze może nie wyjść żeby przeciągnąć film. Niemniej, dobry Pixar nie jest zły. :)

„Ant-man”

reż. Peyton Reed / USA 2015 / 117′

Miało być komiksowo i było. Chwilami film budził niepokój, chwilami śmiech (wielka lokomotywa Tomek, sic!), chwilami mnie nużyło, bo jak dla mnie najazd na akcję właściwą był za długi. Fajny, owszem, ale jeśli wiedziałam, że to i owo stać się musi, to odwlekanie tego momentu sprawiało, że w głowie rodziła mi się myśl: ale możemy już przejść do meritum?

 

Właśnie. Meritum: Nowe Horyzonty

„Anioły rewolucji”

reż. Alexey Fedorchenko / Rosja 2014 / 113’

To jest dobry film. Spokojny, refleksyjny, taki, że chwilami po sali pełnej ludzi niósł się chichot, a po chwili wszyscy posępnie milczeli. Według napisów na początku fabuła oparta jest na faktach i rozgrywa się głównie w 1934, ale chwilami zagląda w przeszłość bohaterów, pokazuje co robili, jak się próbowali odnaleźć w życiu, gdy rewolucja, której byli częścią nieco wyhamowała i nie potrzebowała ich usług. A teraz znów potrzebuje, gdy jakoś ułożyli sobie życia w systemie. Nie mają zabijać, skradać się, a przekonać kazymskich Nieńców i Ostiaków, że Rosja radziecka to dobro, że radzieckie szkoły dla ich dzieci, to dar, że szpitale to dar, a bogowie, w których wierzą to zabobon, bujda. Wyrusza zatem piękna Polina ze swoimi dawnymi towarzyszami przekonywać. Nie zastraszać, nie przymuszać, ale pokazywać jaka to ta Rosja piękna, jakie szminki są ładne, jaka sztuka jest wartościowa.

Na ekranie ściera się człowiek z systemem i ścierają się dwie kultury, bo czy Nieńcom i Ostiakom żyje się źle? Czy im Rosja radziecka jest potrzebna? To są pytania widza. W filmie bohaterowie maja jasne cele, klarowne myśli do samego końca.

A ten koniec? Trochę tak, że nieważne co robią jednostki dla systemu, co system robi dla jednostek, kto i jak mu się opiera. Moloch pożerał w równym stopniu po obu stronach Uralu.

 

„Liza, lisia wróżka”

reż. Károly Ujj Mészáros / Węgry 2015 / 98’

Na cztery filmy, które obejrzałam w ramach Nowych Horyzontów ten jest moim ulubieńcem. Węgierska czarna komedia podbiła moje serce swoją narracją, która na początku wróżyła film, które będzie aż za bardzo śmiał się sam z siebie, a potem pokazał, że to nie tak. Że film ma do siebie dystans, jest czarną komedią, ale nie próbuje się w komediową pelerynę owinąć i nie popada w przesadę. Nie próbuje za często wskazywać, że to było zabawne, o to, dokładnie to, a kulturalnie wierzy w widza, że zaśmieje się lub jęknie potępieńczo tam, gdzie powinien.

Liza, główna bohaterka widzi ducha pewnego japońskiego piosenkarza, którego każdorazowe pojawienie się na ekranie już wywołuje uśmiech albo zmarszczenie brwi, w dodatku on tam śpiewa i tworzy to wyjątkową atmosferę filmu. Co więcej Liza ma lat trzydzieści i marzy o wielkiej miłości, ale gdy zaczyna jej naprawdę szukać do gry wchodzi druga część tytułu. Liza podejrzewa, że jest lisią wróżką, przeklęta kobieta z z kultury japońskiej. Lisie wróżki skazane były na wieczną samotność, bo każdy, kto się w nich zakochał ginął. one same koniec końców popełniały samobójstwo – film bardzo ładnie, nienachalnie i ciekawie przedstawia ten element folkloru Japonii. I z jednej strony Liza szuka miłości wręcz desperacko, z drugiej dociera do niej, że miłości mieć nie może. Trup się ściele gęsto, humor przeplata się z grozą, a wszystko w okrasie dialogów po węgiersku i japońsku.

Dużo robią bohaterowie, co do których sobie nie folgowano i przerysowywano ich swobodnie. Jest bogaty podrywacz, jest zahukany mężczyzna preferujący siedzenie w szafie, są typowe dalekie krewne łase na spadek. Przekolorowani, wyraźni, ale nie irytujący, a dobrze dopasowani do całości.

To był najlepszy seans, na jakim byłam i pierwszy od lat film, co do którego jestem pewna, że chce mieć go na DVD. Nawet, jeśli miałabym je sprowadzać z Węgier, bo pojęcia nie mam, czy wyjdzie on na polskim rynku. Wątpię.

 

Poniższa piosenka wbrew pozorom ma związek z filmem!

„Okruchy”

reż. Miguel Llansó / Etiopia, Hiszpania, Finlandia 2015 / 68’

 

Nie mogę zaprzeczyć, że wybrałam ten film, bo to produkcja etiopska, między innymi, a moim kluczem wybierania filmów na Nowych Horyzontach były: kraje które rzadko widzę w kinie. Tak więc etiopsko-hiszpańskie science-fiction, co do którego reżyser (obecny na sali przed filmem) powiedział, że ma nadzieję, że coś z niego zrozumiemy, że pomoże nam dorosnąć, jak najbardziej do klucza pasowało. A jak wyszło?

W świetle tego, co reżyser powiedział, mam obawy, że nie wszystko zrozumiałam, a to, co zrozumiałam – zrozumiałam źle. A może nie? Może szukam piątego dna, bo to pierwsze i drugie wydają mi się nieco za oczywiste, aby na nich poprzestać, bo przecież z moim doświadczeniem w oglądaniu ambitnych filmów mogę sie schować. Na pewno film jest ciekawy. Niepokojący momentami, momentami śmieszny (chichot na sali był znaczący), tylko że bawi tak na chwilę, na ten wybuch śmiechu gdy pojawia się miecz według bohaterów wykuty przez wielkiego Carrefoura, a my przecież wiemy, że to nie tak i w ogóle. A potem przychodzi refleksja: helloł, to jest science fiction, to jest nasza przyszłość. Nie świat alternatywny, a to, jak ktoś widzi nas za lat trzysta – oh shit.

Co zwróciło moja uwagę, to muzyka i scenerie w filmie tez robią wrażenie, pierwsza zwłaszcza dlatego, że film chwilami robi się straszny i ona bardzo tę straszność wzmaga. Niby pozostaje w tle, daje miejsce obrazowi, ale przez cały czas dobrze go uzupełnia. Scenerie natomiast są różnorodne i najzwyczajniej piękne. Od wyschniętego słonego jeziora po gęsty, intensywnie zielony las.

Czy poleciłabym ten film? Owszem, choć nie każdemu. Czy obejrzałabym go jeszcze raz? Może. Póki co nie jestem pewna, ale chyba tak.

 

I jedno trochę na doczepkę, bo niby obejrzane w sierpniu, ale ciągle w ramach festiwalu :)

„An”

reż. Naomi Kawase / Japonia, Francja, Niemcy 2015 / 113’

Powiedziałabym, że w przypadku „An” nie było niespodzianek i dostałam taki film, jakiego się spodziewałam. Bardzo niespiesznie opowiadaną historię, w której bohaterowie mówią dokładnie tyle ile trzeba. Jedną z tych, gdzie milczenie znaczy bardzo dużo, gdzie kamera przygląda się twarzom aktorów i z nich wyczytujemy sporo, gdzie sceny są oszczędne, ale niczego im nie brakuje.

Opowiedziana historia łączy trzy pokolenia. Wakane, która jest nastolatką, Sentaro, który prowadzi małą budkę serwującą dorayaki i panią Tokue, starszą kobietę, o której początkowo bardzo mało wiadomo. Losy tej trójki splatają się właśnie w budce ze słodkimi naleśnikami z pastą z czerwonej fasoli – an.

Kilkakrotnie w czasie oglądania ścisnęło mi gardło to nad tym, jak historia zrobiła się wzruszająca, a to dlatego, że życie jest niesprawiedliwe, plotki są za silne i miało być tak pięknie, ale. Życie. Film Naomi Kawase jest bardzo życiowy, bardzo prawdziwy i bardzo ładny, przez ujęcia kwitnącej wiśni, ogrodów i parku.

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

  • Jak się już dopchasz jakoś do DVD Lizy to dajta znać :) Możemy seansik zrobić :P

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

Z sympatią do:

O mnie (TL;DR)

Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

W komitywie z: