Panna biała


Gdzieś od dawna chodziło mi po głowie, żeby na blogu mieć też niektóre z moich opowiadań, ale jakoś nie mogłam się zabrać za to. W końcu jednak pokonałam lenistwo. :) Poniżej „Panna biała”, takie lekkie opowiadanie urban fantasy z elementami folkloru, rozgrywające się na naszym rodzimym podwórku, w nieistniejącej miejscowości nad Bałtykiem.

Na później: epub  mobi

(użyj opcji „zapisz jako”)
oba zrobione mocno chałupniczo, ale w calibre i na kindlu wyglądało ok.

 


Panna biała

Droga wspinała się stromo pod górę. Jasnoszara kostka gwałtownie przechodziła w asfalt na pierwszym wypłaszczeniu – tu znajdował się parking poznaczony głębokimi dziurami, jakby ktoś strzelał do drogi. Dalej stromy podjazd nurkował między drzewa, zakręcał przy domu ukrytym za rododendronami i po kilkudziesięciu metrach znikał. Asfalt rwał się i chował pod warstwą ziemi, a zielono-biały szlaban tarasował przejazd. Ale iść można było. Można też było wcześniej skręcić między drzewa, przejść pomiędzy nimi i dotrzeć do drogi drwali, mniej uczęszczanej, a również dochodzącej do głównego szlaku. Idąc po miękkiej trawie, uważając na czające się tam kamienie i spoglądając pomiędzy drzewami ku niebu, można było się zasłuchać w szum wiatru wśród liści czy może raczej liści na wietrze. Ten dźwięk zawsze wydawał się mu kojący. Zupełnie inny od szumu morza za wydmą.

Morze było bardziej agresywne. Pojedyncze fale wgryzały się w plażę, próbowały ją pożreć, zawłaszczyć tylko dla siebie, podmyć klif, rozmyć wydmy i dopaść przyczajonych za nimi domów. Oczywiście tego Eugeniusz nie widział. Musiałby wejść na którąś z wysokich sosen rosnących w ogrodzie, aby zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie, a wspinać się nie zamierzał. Bardzo dobrze mu się siedziało na ławeczce z boku domu. Słońce nagrzało malowaną na żółto ścianę i teraz, o zmierzchu, ta przyjemnie grzała go w plecy. Nogi wyciągnął daleko przed siebie i z dłońmi złożonymi na kolanach słuchał. Zza płotu patrzyła na niego dziewczynka. Nie przyglądał się jej, ale spod przymkniętych powiek zauważył jak podeszła, wpiła paluszki w drucianą siatkę i przecisnęła nos na jej drugą stronę. W zdławionej zieleni rachitycznego żywopłotu jej biała bluzka i różowe getry działały jak magnes dla oczu. W dodatku chwilami stawała na palcach, wyciągała się jak żyrafa, aby zobaczyć więcej… nie wiedział czego.

Spojrzał w jej stronę. Nie speszyła się. Była zarazem zbyt duża i zbyt mała, aby się speszyć. Zamiast tego, zrozumiawszy, że została zauważona, przecisnęła przez drucianą siatkę również palec i wycelowała nim w dom.

– To syrenka – powiedziała wysokim głosem z twardym, nienaturalnym i zapewne niedawno co nauczonym r.

– Owszem, to syrenka. Lubisz syrenki?

Pokiwała głową. Ciemne, wilgotne włosy podskoczyły wokół okrągłej buzi.

– Widziałaś kiedyś prawdziwą syrenkę?

Mała złożyła usta w dzióbek i zmarszczyła brwi. Patrzyła na Eugeniusza z wyraźnym oburzeniem.

– Syrenki nie istnieją – stwierdziła z całą dziecięcą pewnością w głosie.

Roześmiał się i oczywiście przytaknął, i siebie samego wyszydził, za myślenie, że może być inaczej. Tak było lepiej.

Syrenki, a syreny – to była zasadnicza różnica, ale wielu się ona zacierała, a tym, co za bardzo uwierzyli w jedne lub drugie nigdy to na dobre nie wyszło. Hobby stawało się pasją, pasja życiem i jak głupi wypływali na morze, pędzili na północ i już nie wracali. Tak. Zdecydowanie lepiej było uważać, że syreny po prostu nie istnieją; powiedziałby, gdyby ktoś go zapytał o zdanie.

Z głębi domu po drugiej stronie płotu dobiegło wołanie. Wysoki, zdecydowanie kobiecy głos, wołał Majkę. Dwa, trzy, pięć razy, nim w końcu dziewczynka drgnęła i ruszyła pędem do sobie jedynie znanego celu.

Sezon turystyczny jeszcze nie zaczął się. Nie do końca. Już weekendami wielu ludzi przechadzało się deptakiem i wylegało na plażę, ale w tygodniu wciąż było raczej spokojnie. Tu i tam rodziny, czasami samotni wczasowicze, sporo emerytów niemieckich, ale ci pojawiali się przez cały rok. Mała była wczasowiczką. Przyjechała z rodzicami około południa – Eugeniusz nie podglądał sąsiedniego domu, ale rodzina pojawiła się bardzo hałasując przy rozpakowywaniu, a ich czerwony sedan był doskonale widoczny z jego kuchni. Byli pierwszymi gośćmi w tym roku w pensjonacie po drugiej stronie płotu i w ogóle w okolicy. Głównej pierwszej fali sezonu spodziewano się dopiero za tydzień i pospiesznie kończono remonty, zwożono towar i wspominano poprzednie lata, zastanawiając się, jakie to nadchodzące będzie. Eugeniusz pozostawał nieco na uboczu. Rozmawiał, wspominał również, ale rzadko, bo wcale nie mógł powiedzieć, że jest stąd. Dom odziedziczył po babce przed dziesięciu laty, trochę powynajmował, a potem sam się wprowadził. A jednak w ostatnich latach tylu się tu pobudowało takich, co poza sezonem mieszkali pół kraju dalej, że nagle znalazł się gdzieś pomiędzy. Dla jednych wciąż nowy i gdzieś z lądu, dla innych już stary tubylec. Choćby dla tych zza płotu, dla państwa Jutrzebskich, którzy odkupili zniszczony dom, wyremontowali i wynajmowali teraz pokoje takim ludziom jak rodzice Majki. Trzy lata temu o Jutrzebskich nikt tu nawet nie słyszał, a teraz dzień w dzień Eugeniusz widział ich myjących okna, reperujących to i owo, wyskrobujących trawę spomiędzy kostki chodnikowej – dokładnie takiej jak ta w górach, w które miał już nigdy nie wrócić.

Siedząc rano w kuchni i mieszając kawę, słyszał przez uchylone okno jak Jutrzebska gada.

Nie mówi, nie rozmawia, a gada. Mogła tak godzinami, a teraz chwilowa lokatorka zdawała się chętnie służyć za ucho i potakiwacza. Nawet, co zdawało się niemożliwe, udawało się jej od czasu do czasu wtrącić coś od siebie. O pogodzie, o drogach, o pogodzie, o walorach powietrza nad morzem i tym jak to strasznie jest mieszkać w dużym mieście, że duże miasta powinny być zakazane. Rozmawiały stojąc przed domem, każda z papierosem w dłoni – slimy mentolowe – obie w stanie artystycznego porannego nieładu. Bez makijażu, lakieru, fryzur i wyjściowych ubrań, ale jednak na pewno mając wszystko pod kontrolą. Taka niezobowiązująca mowa pozorów pozwalająca się sfamiliaryzować o poranku.

– Tu wszyscy są mniej lub bardziej swoi, zwłaszcza teraz, kiedy poza weekendami, to naprawdę mało kto tu obcy się zjawia – zapewniała Jutrzebska. – Gdy nie ma sezonu, to wręcz staje się nieznośne, że wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą i pchają się między drzwi a framugę. Wystarczy, że przyjedziemy tu na dwa dni coś sprawdzić, dopilnować, a na pewno zostanie to zauważone – zaśmiała się. – W Dębicy mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych, ale ono jest nowe, pełne młodych, zapracowanych ludzi i nikt przesadnie sąsiadom w ogródek nie zagląda.

– A tu zaglądają?

– Przysłowiowo – śmiech Jutrzebskiej ponownie powędrował pod czubki drzew. – No widzą. Jak nie ma sezonu, to się ludzie nudzą i patrzą. A i w sezonie są tacy, co nie wynajmują ani nic więc też patrzą, bo co mają robić? Na końcu wsi idąc w stronę Kamienia jest taki duży dom tuż przy wydmach, z drogi ledwo go widać, ale furtka jest wyraźna, żywopłot to chyba za Niemca jeszcze posadzili i wielu chciało działkę wykupić, ale właściciele, państwo Kądziełko, równie chyba starzy co żywopłot, sprzedać nie chcą, bo nie. Latem siadają na balkonie i komentują co się na plaży dzieje. Do niedawna przy deptaku pomieszkiwał w sezonie taki niby artysta. Pisarz czy malarz i też zajmował się głównie obserwowaniem ludzi i zbieraniem materiału na kolejne miesiące gadania, ale nie widziałam go w zeszłym roku, więc chyba zmienił scenerię. Pan kapitan za płotem też się stąd nie rusza za bardzo, ale też się nie miesza, choć na pewno wiele wie i widział – znów się zaśmiała, jakby to było jedynym dostępnym jej sposobem wzbogacania swego słowotoku. – Ale jak mówiłam, wszyscy tu są swoi, nieznajomych wyłapuje się raz dwa. Teraz. Za dwa trzy tygodnie, to będzie inna bajka, ale teraz naprawdę nie ma się czego obawiać.

Danuta Holska odetchnęła z ulgą, lecz jej wzrok zawędrował ku żółtemu domowi po drugiej stronie płotu. Nie podobało się jej, że Mirosław nie upilnował Majki poprzedniego popołudnia i bez niczyjego nadzoru mała rozmawiała z obcym mężczyzną. Owszem, przez płot, ale gdyby miało dojść do czegoś, to płot nic by tu nie zmienił. Zwykła siatka powlekana zieloną gumą i nie wyższa niż półtora metra stanowiła granicę bardzo niepewną i nawet u siebie na osiedlu odgrodzili się od sąsiadów o wiele konkretniej, a przecież doskonale ich wszystkich znali!

Tu natomiast…?

Co wiedzieli o człowieku zza płotu?

Jutrzebska jasno dała do zrozumienia, że nie wynajmuje on nikomu pokoi, nie ma straganu ani nic z tych rzeczy. Ot sobie mieszka taki mężczyzna o postawie drwala i wieku mocno średnim. Skąd więc miał na to pieniądze? Czemu tu mieszkał? Na czym trwonił czas każdego dnia? Powinni byli znać odpowiedzi na te pytania nim pozwolili Majce na jakikolwiek kontakt z nim, ale Mirosław był ufnym człowiekiem. Wiedziała o tym przecież i tylko do siebie mogła mieć pretensje. Ufał nieznanym ludziom i ufał Majce, że będzie rozsądną dziewczynką, zupełnie przy tym nie rozumiejąc, że rozsądek i ciekawość nie zawsze chodzą w parze.

Spojrzała na zegarek. Dochodziła już dziewiąta.

Jej mąż powinien zaraz zejść z córką i razem udadzą się na plażę.

Myśl o tym działała na Danutę kojąco. Szum fal, jasny, złocisty piasek ciągnący się wstęgą daleko, daleko, słonawy, ostry zapach – wszystko to chciała pokazać córce. Mokre kamyki, patyki wygładzone przez fale i muszle.

Ale nie takie.

Sedes stał na łasze piachu kilka metrów od brzegu. Fale załamywały się nieco przed nim i prześlizgiwały obok porcelitowej stopy stabilnie osadzonej na dnie. Nie chybotał się, nie był przekrzywiony i wyglądał tak, jakby to było najbardziej normalne na świecie, że sedes stoi w morzu. Cóż. Różne rzeczy można było z morza wyłowić i klozet z pewnością nie znalazłby się wysoko na liście dziwów, które spadły z pokładu. Wyprzedzałyby go chociażby gumowe kaczuszki w ilości sztuk z trzema czy czterema zerami po pierwszej cyfrze znaczącej. Plastikowe krzesła, adidasy, całe zamknięte kontenery unoszące się tuż pod powierzchnią wody, opony, butelki, więc czemu nie sedes?

Ludzie patrzyli na niego, stojąc na twardym, wilgotnym po nocy piasku i rozmawiali. Chorzyna, który lata całe pływał na kutrze, poszerzał wiedzę turystów o tym, co w morzu pływa, a o czym może woleliby nie wiedzieć.

– A może tak a może nie, morze faluje zawsze tak jak chce – zaśpiewał cicho Miron, stojąc koło Eugeniusza na drewnianym podeście w połowie zejścia z wydmy na plażę. – Jak myślisz, jakiś heppening zielonych?

Miron nie należał do najbardziej przenikliwych umysłów w okolicy. Dni poza sezonem spędzał malując ściany mniej lub bardziej legalnie, w sezonie pracował na straganach. Ponoć skończył jakąś szkołę gdzieś i kiedyś, ale nic to nie znaczyło. Heppening brzmiał nieźle.

– Może. Żeby tak muszla sedesowa spadła skądś i się tak ustawiła, to ciężko. Różne cuda się zdarzają, ale… – Wzruszył ramionami, a Miron prychnął i skomentował jaki to on jest nie do życia.

Nic nowego.

Mała, niewierząca w syrenki, Majka ciągnęła ojca za ramię i krzyczała, że chce tam pójść. Tam – do sedesu.

Tato, chodźmy, no chodź, no tato, taaatooo!

Jej wysoki głosik świdrował w powietrzu i przyprawiał o dreszcze, ale nic ponadto. Niczym półtonowa kotwica mężczyzna tkwił wrośnięty w plażę i wysiłki dziewczynki szły na marne. Jej matka natomiast, co mogli zobaczyć wszyscy zgromadzeni w pobliżu, wyglądała na oburzoną. Zupełnie jakby sedes w Bałtyku był policzkiem wymierzonym jej i tylko jej. Niczym wykuta z kamienia stała w połowie szerokości plaży i patrzyła dokładnie w biały porcelit z siłą, od której powinien był on przynajmniej pęknąć.

Pół Polski pokonała, aby pokazać córce morze i co za to dostała? Kibel! Ordynarny kibel pośród leniwych fal. Doprawdy ktoś miał niezdrowe poczucie humoru i winien był ponieść surową karę, że dopuścił do takiego widoku. I co teraz będzie z jej dzieckiem? Pierwsze wspomnienia o Bałtyku będzie miała okraszone kiblem, granda! Gdyby pojechali w jakieś bardziej cywilizowane strony, to może udałoby się tego uniknąć, ale oczywiście Mirosław musiał mnożyć problemy, czemu jazda autem do Włoch, to nie najlepszy pomysł, bo samochód ma już swoje lata i tak dalej. Przebąkiwał coś o samolocie, ale był w tym bardziej niż niedorzeczny. Mieli pokazać Majce morze, a nie samoloty. Za dużo nowości mogło zaszkodzić rozwijającemu się artystycznemu umysłowi, ale tego oczywiście Mirosław nie rozumiał. Podobnie jak nie dopilnował tej ważnej chwili. Gdyby miał nieco więcej pomyślunku, to wstałby godzinę wcześniej i poszedł sprawdzić, czy wszystko jest gotowe na ich nadejście, czy wygląda jak powinno, ale on oczywiście spał, bo był zmęczony po godzinach za kierownicą. Jakby ona nie była zmęczona! Ale oczywiście o wszystko musiała zadbać sama, a teraz już mleko rozlało się i nic a nic nie mogła na to poradzić.

Drżała od tłumionego gniewu. Jej córka ciągle domagała się zbadania kibla w wodzie, zamiast chłonąć szum fal, szukać kolorowych kamyków i zachwycać się jasnym piaskiem. Gdyby nie żelazna siła woli, to Danuta Holska rozpłakałaby się. Czy naprawdę prosiła o tak wiele? O plażę, morze, błękitne niebo i dużo, dużo otwartej przestrzeni. Majka przecież potrzebowała tego jak niczego innego na świecie, zwłaszcza że ostatnie dni przyniosły jej tyle smutków.

Nigdy do tej pory Danuta nie przypuszczała, że jej maleńką ulubienicę może spotkać w domu krzywda. Najmłodsza z córek zawsze była rodzinnym skarbem. Wszyscy się nią zachwycali, wszyscy podziwiali szkraba, któremu lekarze nie wróżyli, że przeżyje pierwszy miesiąc (naiwni szarlatani!), wszyscy ją kochali i rozumieli jej potrzeby. W końcu miała tyle marzeń, gdy patrzyła na starsze osoby wokół siebie, że serce kroiło się na myśl, że mogłyby zostać niezrealizowana. Że dojdzie do sytuacji, w której starsze bliźniaczki postawią własną matkę i siostrzyczkę przed faktem dokonanym: jedziemy na zieloną szkołę w okolice Ustki – tego nie przewidziała w swych najczarniejszych snach. I Danuty naprawdę nie obchodziło, że cała klasa jedzie. Majka cierpiała, bo nigdy wcześniej nie widziała morza, a Lucyna i Lena nie umiały przestać o nim mówić. I oczywiście Mirosław zapłacił, podpisał papiery i nic a nic nie pomyślał jaką krzywdę robi najmłodszej ze swych córek.

Ale stojąc pośród barwnego tłumu na plaży, Majka nie wyglądała na rozczarowaną. Ciągnęła ojca za rękę, drugą wskazując dwóch mężczyzn w odblaskowych kamizelkach i ściągniętych spodniach niechętnie wchodzących do morza.

– Kurwa, jaka zimna! – ryknął jeden z nich, aż Danutą zatrzęsło.

Przysadzisty, na wpół roznegliżowany człowiek w wieku bardziej niż średnim, stał po kolana w wodzie i śmiał się głośno z zanurzonego ledwie po kostki szczypiora. Chudy i wysoki jak tyczka Julian złorzeczył na swój los i posuwał się powoli do przodu. Że też jemu dziś szychta wypadała tak, że ktoś obrotny zdążył ich złapać i wyznaczyć do usunięcia syfu. Co za idiota wstawiał kibel do morza? W nocy?! W kwietniu!

– No szmyrgaj młody, sam tego nie wyciągnę przecież. I weź mordę zawrzyj, dzieci słuchają.

– Sam się zawrzyj – warknął i postąpił dwa długie kroki do przodu.

Woda chlusnęła mu pod gacie, zawył jakby go ranili i zrobił kolejne trzy susy – dostatecznie długie, aby znaleźć się na bezpiecznym spłyceniu. Obejrzał się przez ramię na Władka, który niespiesznie pokonywał dzieląca ich odległość, nic a nic sobie nie robiąc z faktu, że jest już mokry praktycznie do pasa.

Sedes czekał na nich cierpliwie.

– Nie zając, nie ucieknie – śmiał się Władek widząc jego zirytowaną minę i miał rację.

Sedes nóg nie miał, choć jakby miał, to może tłumaczyłoby to skąd się u diabła wziął w takim miejscu. Julian naprawdę lepiej się czułby ze świadomością, że kibel przyszedł tu sam, niż zastanawiając się kto i po co go tu przyniósł. Sam, to sobie kibel mógł mieć ochotę popływać. Może kibel nie stworzenie boże, ale co on by miał mu odmawiać? Ale jeśli sam przyjść nie mógł, to istniał ktoś dostatecznie zmotywowany, aby taki ciężar przenieść przez wydmę, dotargać po piasku do brzegu, a potem jeszcze przez zimną jak skurczybyk wodę i to w nocy. Takich rzeczy nie robi się nawet po pijaku. Nachlani studenci prawdopodobnie porzuciliby sedes na piasku i sami poszli się kąpać, a rano ktoś znalazłby poza muszlą sedesową może jakiegoś wychłodzonego trupa.

Ludzkiego, a nie rybę.

Ryba zresztą żyła. Pływała sobie w muszli jak gdyby nigdy nic. Co jakiś czas łypała nieruchomym okiem na przyglądającego się jej Juliana i dawała nura w odpływ.

– Płotka – rzekł Włodzimierz uczonym tonem znawcy wszystkiego, co daje się złapać na wędkę.

– A płotki nie są słodkowodne? – zdziwił się Julian szczerze i trochę tak, jakby w wiedzę kolegi powątpiewał.

Ten jednak tylko złożył usta w dziób i pokiwał wolno głową.

Płotka stała się tematem numer jeden U Witka, i mniejsza że właściciel wcale nie nazywał się Witold, a Jerzy. To nie zmieniało niczego w podekscytowaniu, z jakim sobie opowiadano o płotce z kibla. Bo że ktoś wniósł sedes do morza, to jedno. Że go uszczelnił i wypełnił słodką wodą, to drugie. A że na koniec wpuścił do środka rybkę, to trzecie. Justyna, sprzątająca w sezonie w Perle, upierała się, że to zieloni, przyklaskując w tym Mironowi.

– Zdecydowanie zieloni. Sedes i słodka woda. Marnujemy całą masę słodkiej wody choćby spuszczając ją w ubikacjach właśnie – mówiła z przejęciem.

– To nie mogli tego choćby na PKSie postawić? Po cholerę w morzu? – Witold, dawno już przebrany w suche ubranie i odfajkowany z szychty, powątpiewał. – Pogoda by się odmieniła, poszłaby większa fala i by rybkę utrupiło, i by wyszło, że są mordercy.

– Ofiara na ołtarzu uświadomienia–

– Justa, nie pier–

– Morda, Janusz, morda, dziecko jest trzy metry od ciebie, to byś się wyrażał, a nie paplał co ci ślina na język przyniesie, jakbyś miał pięć a nie pięćdziesiąt sześć lat.

Janusz, potężny mężczyzna w znacznej mierze już wyłysiały, ale poza tym niespecjalnie różniący się od siebie sprzed piętnastu lat, spojrzał przez ramię na wpatrzoną weń Majkę i wyszczerzył się.

– A to przepraszam, panienkę i panią – odezwał się dworsko i skłonił nie schodząc z barowego zydla. – Proszę staremu gadule wybaczyć niewyparzony język.

Niestety dla Danuty na tym się nie skończyło.

Wybaczyć jak wybaczyć, oczywiście że mogła to zrobić, ale co z tego, jeśli miało to poprawić humor obcego mężczyzny, a ją samą zostawić z problemem. Gdyby jeszcze Majka się tak uważnie nie przysłuchiwała, gdyby w skupieniu jadła obiad, to wszystko byłoby łatwiejsze. Ale ona była dzieckiem ciekawym świata. Wszędzie jej było pełno i na wszystko zwracała uwagę, coś, czego opiekunowie w przedszkolu nie mogli pojąć, w czym upatrywali się problemu i ku strapieniu Danuty niekiedy podcinali małej skrzydła. Ograniczali ją zupełnie nie myśląc o tym, jak niewiele brakowało, by Majka nie przeżyła nawet kilku miesięcy.

Danuta skinęła głową i spojrzała na córkę. Szeroko otwartymi oczyma, wciśnięta między matkę a ojca, Majka Holska przyglądała się ludziom przy wysokiej ladzie ozdobionej sztucznymi muszelkami. Filet z kurczaka i frytki nie interesowały jej nawet w jednej ósmej tak bardzo jak oni. Owszem jadła raz za razem nie trafiając widelcem w upatrzony kawałek i przeżuwając każdy kęs powoli. Na spojrzenie matki nie zwróciła najmniejszej uwagi.

– Może powinniśmy byli zostawić ten kibel w wodzie i poczekać na jakąś prasę? – dumała Justyna półgłosem.

– Po co? Żebyśmy na początku sezonu zasłynęli z kibli w morzu? Ludzie raz dwa zapomnieliby, że to jakiś ewent był, a zapamiętali, że u nas, to jest gó… tfu. Że są u nas kible i takie tu będą mieli wakacje.

– A ja uważam, że w tym było coś głębszego.

– A ja nie mówię, że nie było, ale że ludzie są jacy są i zapamiętają to gorsze. Tak jest zawsze, więc dobrze, że to sprzątnęli i może głupia plotka nie pójdzie w świat.

I miał rację, mówiąc to, co nie znaczyło, że inni ludzie tak na hurra zapomną.

Pani Holska nie była w stanie tak łatwo otrząsnąć się z szoku, choć starała się jak tylko mogła.

– Majka! Chodź tu, rozczesze ci włosy! – Danuta wołała za córką z balkonu zajmowanego przez nich pokoju, ta jednak nie paliła się, aby odpowiedzieć.

Siedziała na ławce obok ojca i zadawała mu pytanie za pytaniem. O to kim są zieloni (dziwni ludzie o słusznych poglądach, ale kiepskich pomysłach), o to czym jest płotka (taka słodkowodna ryba), słodkowodna? (jeziorna nie morska), a co się z nią stało teraz? (pewnikiem ją zjedli), zjedli? (tak, zjedli, ty zjadłaś kurczaczka, a ktoś zjadł płotkę), a z toaletą? (pewnikiem wyrzucono ją), a gdzie? (nie wiem, nie jestem stąd, ale na pewno mają tu takie miejsce), a kto wie? (może właściciele, mogę zapytać)…

– Tato.

– Tak, Maju?

– Jesteś najukochańszy na świecie, wiesz?!

Objęła ojca krótkimi rączkami i wtuliła twarz w jego koszulę, akurat gdy Danuta zeszła do ogrodu ze szczotką w dłoni i zniecierpliwieniem odmalowanym na twarzy. Nie odezwała się, a jedynie patrzyła na męża z wyrzutem, a on tylko wzruszył ramionami. Niektórzy mówili, że Majka jest córeczką tatusia – coś, co Danutę bodło boleśnie i o co do Mirosława czuła żal, bo czym sobie ten zaszczyt wywalczył, czym zasłużył? Nie myślała jednak o tym teraz. To nie był czas na takie rozważania, na czynienie wyrzutów, bo dla dobra córki, musieli być przecież jednością. Rodzicami, a nie mamą i tatą osobno. Dlatego rozciągnęła usta w uśmiechu i przykucnęła przy ławce.

– Maju, rozczeszemy włoski? – zapytała.

– Tata rozczesze! – zakomenderowała dziewczynka głośno i wbiła w ojca pełne nadziei spojrzenie.

Danuta bez słowa podała mu szczotkę i na moment wyraz jej twarzy stał się surowy; niemo zakazywała Mirosławowi odmawiać, gdyby myśl taka postała mu w głowie. Musieli działać wspólnie, aby zamazać wrażenie poranka i kolejnego dnia, zacząć na nowo. Odetchnęła cicho, gdy wziął od niej przedmiot, a Majka przysiadła mu na kolanach i pozwoliła wciągnąć się w rozmowę o obejrzanych po obiedzie kreskówkach. Śmiała się, z przejęciem tłumaczyła, czemu czarodziejkom na pewno się uda i nie było ani słowa o płotkach, muszlach klozetowych i Danuta czuła, że odzyskuje równowagę.

Miron za to ją tracił. Siedząc na balkoniku na piętrze Eugeniuszowego domu wypijał trzecią butelkę piwa i tajniackim szeptem mówił, co też takiego o porannych zajściach mówiono, bo przecież gospodarza wiele ominęło, gdy prosto z plaży udał się w sobie tylko znane strony i już do ludzi nie wrócił i o niczym nie miał pojęcia.

– Ale pewno będzie jak zawsze, że się po kościach rozejdzie i połowa zapomni, choć to i tak coś było. Wieść na tyle huknęła, że aż się Kądziełko pojawił U Witka rozpytać co i jak. Będzie pół roku jak z nim przy jednym stole nie siedziałem, bo on przecież niechętnie się z domu rusza, a dziś był i rozmawiał, i ni cholery mi się to nie podobało. Bo tak bardziej dopytywał. Wiesz o co mi chodzi? A że czy ktoś przyjechał, ktoś zachorował, ktoś się planuje sprowadzić? Mnie tam nie wadzi, że on drążył, ale chciałbym wiedzieć o co mu szło, bo to było dziwne.

– Ciekawość rzecz ludzka.

– Ludzka, ludzka, a mnie babcia jak żyła jeszcze, to opowiadała, że Kądziełkowie, to tu są od zawsze.

– Czyli dzień dłużej jak ona?

– Byś się kuźwa nie naigrywał. Ja wiem, że gadanie, ale ciebie tu wtedy nie było, nie wychowywałeś się tutaj i nie straszono cię Kądziełkową.

– Straszono?

– No właśnie straszono. Wiesz takie gadanie, bo gadanie, ale jednak. Moja babcia była przesądna i nie żeby w Kądziełkowej zło widziała, bo się lubiły. To był taki dziwny szacunek. Pamiętam, że jak byłem gówniarzem ledwo odstającym od ziemi, to babcia wydawała mi się taka dorosła i poważna, i na pewno starsza od Kądziełkowej, a jednak to ona się jej kłaniała pierwsza i takie tam. Wrażenie zostaje, a Kądziełko to wierny cień żony. Ty go w ogóle poznałeś?

Eugeniusz przytaknął skinieniem głowy, bo raz jeden spotkał tego człowieka o wąskiej twarzy pooranej zmarszczkami i osmaganej wiatrem, ale odezwać się nie odezwał.

Balkonik był dostatecznie wysoko, aby próbować wypatrzyć z niego morze. Latem, gdy wszystko wokoło się zieleniło na potęgę, było to trudne, w kwietniu niewiele łatwiejsze, ale jednak. I to właśnie Eugeniusz próbował zrobić. Zobaczyć fale, przyjrzeć się im i dojrzeć coś, czego wolał tam nie zobaczyć. Wsłuchując się w szum myślał o górach. Górach które kochał, i które porzucił, nie z nienawiści i żalu, ale z braku wyboru. Jego serce pochłonął Bałtyk. Zimne, ciemne wody słonego morza porwały je i nie mógł żyć, gdy znalazł się zbyt daleko od nich. Zły był na siebie i miał żal do świata za taki stan rzeczy, ale nic na niego poradzić nie mógł. Kądziełkowa powiedziała mu, że jest głupi i naiwny, jeśli się zamierza z tym losem bić, ale niech robi co chce, ona od niego wtedy dom po babce odkupi. Rozmawiali wówczas przez telefon. On skulony we własnym aucie, spocony, roztrzęsiony i ledwo łapiący dech, a ona spokojna, dostojna i brzmiąca tak pewnie, że ciarki przechodziły mu po plecach. Nie miał pojęcia jak wrócił do Hodowa, jakim cudem w nikogo nie wjechał, nie trafił do Kamienia lub Pobierowa, a właśnie prostu tu, pod dom, gdzie Kądziełkowa czekała na niego na ławeczce i uśmiechała się z politowaniem. Jej męża spotkał dwa dni później. Przyszedł obstukać mu instalacje, to i owo sprawdzić, bo się babka przed śmiercią mu skarżyła i tyle. Nie rozmawiali wtedy wiele, wściekle zajęci pracą, i jedyne co z tego spotkania wynikło, to że nazywano teraz Eugeniusza Panem Kapitanem. Dumnie to brzmiało, ale ilekroć słyszał jak go ktoś tak woła, to mu się pełne pożałowania spojrzenie Kądziełkowiej przypominało.

To jednak nie miało żadnego znaczenia dla opowieści Mirona, dla ćwierkania niewidocznej z ich miejsca Majki, raz po raz zabiegającej o ciepłe, ojcowskie słowo. Ona zresztą rychło zamilkła. Niebo nad domem pociemniało, po Mirona zadzwoniła żona i pozostał tylko szum morza i chłodny wiatr przemykający pomiędzy smukłymi pniami oraz jego własne myśli. Cały ich ocean, pożerający jego świadomość. Siedział w sypialni i patrzył tępo przed siebie – w gęstniejącą za szkłem ciemność.

Mała Majka stała przy oknie przyklejając nos do szyby. W zimnym blasku księżyca jej szeroko otwarte oczy lśniły, twarz odcinała się od ciemności plamą sinosrebrnej bieli, dłonie o rozczapierzonych palcach opierały się o szybę, jakby chciały ją wypchnąć z oków plastikowej ramy. Czy go widziała? Wątpił. Czarna, nylonowa siatka w oknie i zgaszone światła musiały kryć pokój w ciemności i zlewać jego samego ze wszechobecną czernią, ale i tak dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy oczy dziewczynki spoczęły na nim. Prześlizgnęły się od wydm, przez niego po furtkę i zatrzymały na niej. Usta rozciągnął uśmiech, a Eugeniusz wstrzymał oddech. Na ustach czuł smak soli, w uszach dzwoniła mu melodia, której nie zdołałby wyśpiewać choćby chciał, a powietrze wokoło stało się nagle gęste i wilgotne. Po przybrudzonej szybie spływały pojedyncze krople wody, wykrzywiając obraz po drugiej stronie. Zamknął oczy. Zacisnął powieki najmocniej jak potrafił i w myślach policzył do dziesięciu w języku, którego nauczono go nieco ponad dziesięć lat temu, gdy był młody, głupi i pełen marzeń.

Gdy je otworzył, w oknie na wprost nikogo już nie było. Cokolwiek wygnało małą z łóżka w przestało mieć znaczenie. A może to matka przebudziła się i ją zawołała?

Urywany sen nie były dla Danuty czymś niezwykłym i zwłaszcza w nowym miejscu zupełnie jej nie zdziwił pierwszej nocy. Musiała przywyknąć. Drugiej gnębiły ją koszmary, co również umiała sobie wyjaśnić, bo wydarzenia poranka dostatecznie były niezwykłe i, gdy nie mogła już kryć się za zajęciami absorbującymi myśli, z ciemności pod powiekami wyłaniały się jej zapamiętane obrazy. Niekiedy normalne, niekiedy wynaturzone przez wyobraźnię – i jedne i drugie pożerały sny i wynosiły na zupełnie nowe poziomy abstrakcji już i tak nieprawdopodobne wspomnienia. Zatem budziła się raz za razem, a potem nie mogła zasnąć to przez chrapanie Mirosława, to ponieważ Majka wierciła się w łóżku, albo z jeszcze tysiąca innych powodów. Trzeciego dnia w Hodowie wierzyła, że w końcu prześpi noc. Cały dzień spędzili na dworze. Doszli plażą aż do Trzęsacza, zobaczyli ostatnią stojącą ścianą kościoła, a potem poszli dalej aż do Rewala. Tam zjedli obiad i wrócili niespiesznie do siebie, do Hodowa i tu jeszcze wybrali się na lody na główny deptak, wciąż niezbyt zatłoczony, za to już zdecydowanie gotowy na pojawienie się tłumów. Duży plac przy największym zejściu na plażę, tym z drewnianą ścieżką przechodzącą przez wydmę i placem zabaw tuz obok niej, obsiadły zalążki straganów, pojawiły się nowe plakaty reklamowe i zdjęto z ławek karteczki świeżo malowane. Cały dzień na dworze, cały dzień spędzony głównie na chodzeniu po sypkim piasku, który nie ułatwiał marszu. Kładąc się spać była zmęczona jak dawno się jej nie zdarzyło.

Sny miały inne zdanie.

Jutrzebska zauważyła to, ledwie Danuta pojawiła się przed domem. Gospodyni stropiła się widząc cienie pod oczami i przygarbione plecy. Choć Holska ubrana była schludnie i dobrze jej było w jasnych getrach i długiej tunice, to jednak bystre oko raz dwa dopatrzyło się oznak zmęczenia, zaś życiowa obrotność obudziła obawy, czy aby goście nie skrócą pobytu. O niczym takim nie wspominali, ale to o niczym jeszcze nie świadczyło, zwłaszcza że ona wiedziała o czymś, o czym Holska jeszcze nie mogła usłyszeć. Nawet łudziła się, że może nie usłyszy w ogóle, bo Hodowo wrzało od plotek i snutych naprędce teorii. W zależności od tego, kto mówił, chodziło o jakiś teatralno–cyrkowy performance lub ktoś robił sobie głupie żarty. Podejrzewano zemstę lub zakusy mieszkańców mniej popularnych wśród letników miasteczek. Wmieszano w sprawę policję – w końcu lub może na ich nieszczęście – ale ta na razie tylko chodziła od drzwi do drzwi i zadawała wciąż te same, donikąd nie prowadzące pytania (o tym Jutrzebska wiedziała od znajomej prowadzącej mały pensjonat, z którego okien było widać skrawek placu). Pokładano duże nadzieje w monitoringu, ten jednak okazał się być wciąż wyłączony w ramach cięcia kosztów poza sezonem i tyle z tego wyszło.

– Dzień dobry – zaćwierkała, w myślach szukając jak by tu może utrzymać gości w niewiedzy. W sezonie wiele działo się w okolicy i bez trudu znalazłaby coś, czym nakarmiłaby turystyczną ciekawość, ale teraz? – Jak minęła noc? – zapytała niewinnie i naiwnie, a Danuta przywołała na twarz uśmiech i skinęła jej głową.

– Niesamowicie. Takiej ciszy, jaka jest tutaj, nie ma tam gdzie mieszkamy – odparła. – Chwilami jest to wręcz przerażające.

– O tak! Ja zawsze muszę się przyzwyczaić jak tu przyjeżdżam – przytaknęła pospiesznie w nadziei, że tylko o to chodzi. – Mają państwo jakieś plany na dzisiaj?

– Spacer-

– Lody! – ze szczytu zewnętrznych schodów zakrzyknęła Majka i zbiegła na dół.

Zaniepokojony głos matki nie zatrzymał jej ani na chwilę i dopiero karcący pomruk ojca sprawił, że uśmiech zniknął z jej twarzy. Zadarła główkę i utkwiła w Mirosławie spojrzenie pełne skruchy. Jutrzebska, która miała odchowanego syna i całą armię młodszych kuzynek mieszkających w stolicy, wiele już dzieci widziała, ale wszystkie bladły na tle Majki.

– Miałam nie biegać po schodach? – mała zapytała nie spuściwszy z niego wzroku. – I w ogóle nie biegać po balkonie i podwórku? – dodała, gdy wciąż milczał. – Przepraszam… Nie gniewaj się, proszę. Tato! Tatooo!

– Maju – syknęła matka.

Jutrzebska przyglądała się temu nie bardzo mając jak umknąć i nie być świadkiem rodzinnej sprzeczki, do której ani chybi zmierzała ta sytuacja. Poza tym mała powiedziała, że chce lody. Cóż, zachowanie sprzed chwili, ten bieg, który mógł się skończyć katastrofalnie, zdawał się mieć pewne plusy, jeśli tylko kara wykluczyłaby lody i sprawiła, że rodzina wybrałaby się gdziekolwiek, byle dalej od centrum Hodowa. Tak się jednak nie stało. Danuta Holska spiorunowała męża wzrokiem, bo owszem, miał rację strofując córkę za nierozważne zachowanie, ale wszystko musiało mieć swoje granice i nie można było niszczyć radosnego dnia już na jego początku. Jeśli on tego nie rozumiał, to ona musiała zadbać o szczęście córki. Przecież dla niej tu przyjechali.

– Mirku, pospiesz się. Jak to wygląda, żeby kobiety czekały na mężczyznę? – roześmiała się opierając dłoń na ramieniu dziecka.

Majka spojrzała na nią i ściągnęła usta w cienką linię.

– Ja bym na tatę czekała do końca świata – zadeklarowała poważnie, czym rozbawiła wszystkich i nim się Jutrzebska zorientowała, rodzina już wyszła za płot i niespiesznie zmierzała w stronę centrum.

Wciśnięta miedzy rodziców Majka głośno perorowała jakie lody chce zjeść i szybko lista rozrosła się na cały asortyment lodziarni. Mirosław Holski podpuszczał ją i wymyślał nieistniejące smaki, a Danuta milczała jakby to mogło uciszyć dzwonienie w jej głowie. Dwie połknięte w pośpiechu tabletki nie dały mu rady, a narastający wokoło szum nie pomagał. Wpatrzona w idącą krok przed nią córkę, szła pośród tłumu ludzi rozmawiających ze sobą szeptem, półszeptem, normalnie, a nawet pokrzykujących do siebie wskroś placu. Nie słuchała ich. Pomimo chęci nie umiała myśleć o nich inaczej, jak o winnych zniszczenia pierwszego obrazu morza w umyśle jej córki. Przesadzała oczywiście. Wiedziała o tym, ale matczyna troska za nic miała logikę. Majki Danuta gotowa była bronić jak wściekła wilczyca.

– Tato, a co panowie policjanci tu robią?

Wzdrygnęła się i rozejrzała. Gwałtowny ruch i zdezorientowany, niepiękny wyraz jej twarzy nie zwróciły uwagi zbyt wielu osób. Eugeniusz spojrzał w jej stronę tylko dlatego, że piskliwi głosik dziewczynki dobiegł go stamtąd i zadziałał odruch. Przez szerokość placu ciężko było mu Majkę wypatrzeć, jej matkę o wiele prościej. Stała pośród ludzi nieco za elegancka, wyraźnie wyobcowana i zagubiona, a jej wzrok błądził po policyjnej taśmie rozwieszonej na metalowych słupkach i raz po raz umykał od odgradzanego przez nią klozetu. Zwykłego, białego, niewiele różniącego się od tego, który stał w morzu przed kilkoma dniami. Ot ten posiadał deskę i to nie byle jaką. Ciężką klapę ozdabiało zdjęcie tropikalnej plaży. Zastanawiał się, czy pani Holska już usłyszała, co znajduje się pod nią, bo to wzbudziło główne zaciekawienie ludzi i po trosze dlatego nie uprzątnięto bałaganu raz dwa, tak jak poprzednio, a jednak zadzwoniono po służby, te zaś teraz czekały na furgonetkę, bo nijak nie dało się zapakować sedesu do ich fabii.

On sam do środka nie zaglądał, ale Miron już zdążył mu opowiedzieć o główkach laleczek pływających w wypełniającej sedes wodzie. Miało ich być zaledwie kilka, choć od słowa do słowa liczba rosła i w tym tempie istniały realne szanse, że ktoś kiedyś będzie twierdził, że zamiast zabawek znalazły się tam prawdziwe dziecięce główki. Że byłyby za duże, to nie czyniłoby opowiadającemu większej różnicy – w to Eugeniusz nie wątpił i nie podejrzewał, że jest w tym osamotniony. Obok niego Justyna klęła cichutko pod nosem.

– To nie jest zabawne. Wcale a wcale. To ostatnio, to jeszcze mogę zrozumieć, czy coś, ale to… to jest okropne.

– Rozeszlibyście się, a nie huczycie pod oknami – z okien na piętrze najbliższego z domów ryknęła Sawrkowa, choć przecież w sezonie jeszcze głośniej bywało. – Koniec przedstawienia! Zaraz przyjadą i to zabiorą.

– Zabiorą i co dalej? Co będzie kolejne? – odezwał się ktoś z tłumu i zaraz zawtórowały mu kolejne głosy.

Na nowo poczęły płynąć dumania o zazdrosnych sąsiadach i nienawistnych krewnych. Eugeniusz słuchał tego i wyławiał ze zbieraniny ludzi te bardziej znajome twarze. Pani Holska zapanowała już nad swoją i teraz gościło na niej zimne oburzenie. Choć daleka od bycia najwyższą w tłumie, to jednak patrzyła na wszystkich z góry, a gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, to był pewien, że prychnęła, choć nie miał prawa tego usłyszeć. Zbyt wiele metrów i ludzi ich od siebie dzieliło. Powędrował wzrokiem dalej, przez panią Basię z poczty, wyraźnie zaniepokojoną, Antka i Grześka, którzy dawno powinni byli już pojechać do szkoły, ale najwyraźniej niezwykłe wydarzenie zatrzymało ich w domu. Grupa pod wezwaniem Witka powoli zbierała się w ciasne stadko i oddalała w stronę restauracji, by tam na spokojnie, na siedząco i przede wszystkim nie o suchym pysku obgadać co zaszło. Miron pociągnął go w ich stronę, ale Eugeniusz stał niewzruszony jak skała. Jego wzrok spoczął na Kądziełce. Starszy, wysuszony mężczyzna stał w pierwszym szeregu i przyglądał się Holskim z chmurnie ściągniętymi brwiami. Wystarczyła jednak jedynie sekunda niewinnej obserwacji, aby odwrócił wzrok ku Eugeniuszowi i skinął mu głową w niemym przywitaniu. Coś w tym geście sprawiło, że Eugeniusz poczuł się młodszy niż zazwyczaj i młodszy niż był w rzeczywistości. W starciu z wiekiem Kądziełki jego niemrawe czterdzieści siedem lat wydawało się być mało imponujące. Wstyd ukłuł go pod żebrem i zapiekł. Sprawił, że czym prędzej wrócił do domu.

Wieczór zastał go w jego własnej kuchni, pochylonego nad albumem ze zdjęciami. Cienkim, pełnym pustych stron i ze wszech miar przez niego nielubianym. A jednak ściągnął go z półki, gdzie kurzył się on od dłuższego czasu, i zaczął przeglądać. Pytania po co i dlaczego tylko marginalnie zahaczały o jego świadomość, gdy wpatrywał się w brukowaną drogę biegnącą po górskim grzbiecie. W zamyśleniu czuł zapach kosodrzewiny, czuł wiatr na skórze i gdyby zamknął oczy, to mógłby udawać, że tam jest. Że siedzi na kamieniu, a nie na krześle, koło tablicy na rozstaju dróg. Że po prawej ma Polskę, a po lewej Czechy i może wybrać, gdzie pójdzie i… Pukanie do drzwi zmusiło go, by wrócił do tu i teraz. Zapomniał o górach i pogodził się na powrót z faktem, że nigdy już nie oddali się od morza.

Kądziełkowa stała w progu. Krzepka starsza pani – wyprostowana, schludna i dumna; prawdziwa dama w jesieni życia – obrzuciła go badawczym spojrzeniem i skrzywiła się krytycznie.

– Że jesteś wrakiem człowieka, chodzącym pomiędzy żywymi nie oznacza, że musisz się z tym obnosić, Eugeniuszu – powiedziała karcąco i zrobiła krok do przodu, zmuszając go tym samym by przepuścił ją w drzwiach.

Udała się prosto do kuchni, ani przez chwilę nie wyglądając na zagubioną w obcym domu. Nigdy jej tu nie gościł, ale to nie przesądzało o niczym, bo może jego babcia wyrobiła normę za nich oboje?

– Jasna panienko, ty jeszcze tych talerzy używasz? Przecież ja już ledwo pamiętam jak one kupowane były i widać po nich te wszystkie lata. W ogóle nic tu się nie zmieniło. Poza odmalowaniem z zewnątrz, ale mam wrażenie, że to bardziej presja innych sprawiła. Mylę się?

Zaprzeczył bezgłośnie.

– Zaparz kawy. Przyniosłam ciasto.

Po co?! – Nagle wybiło się na pierwszy plan, ale nic więcej, bo Kądziełkowa przejęła kontrolę nad światem. Sięgając do szafek, ustawiając zastawę na stole, szukając ulubionych(!) łyżeczek i robiąc wiele innych małych rzeczy, cały czas miała nad nim władzę. Wykonywał jej polecenia, pomagał, ale nie odzywał się niepytany. Po prostu słowa nie chciały mu przejść przez gardło, krztusił się nimi, a uczucie pustki sprawiało, że czuł się przerażająco lekki. Nie kontrolował w pełni siły wkładanej w poszczególne ruchy, jakby nagle przyszło mu sterować własnym ciałem gdzieś z bardzo daleka.

– Usiądź – rozkazała, więc usiadł.

Milczeli oboje dłuższą chwilę, a za oknem morze szumiało wściekle. Wydawało się, że po słonecznych dniach przyszła pora na zmianę i sztorm. Kądziełkowa zaśmiała się pod nosem.

– Zazdrośnica. Takiej starej jak ja się obawia. – Potrząsnęła głową wyraźnie rozbawiona i nagle spoważniała. – Albo wie to, czego ty najwyraźniej nie wiesz. Głupi, głupi jesteś i najwyższa pora, abym się za ciebie wzięła, bo zmarnujesz się do reszty. Sczeźniesz i tyle, a można by z ciebie mieć jakiś pożytek. Ale to nie dziś, czasu na to mamy dużo, a są sprawy ważniejsze. – Spojrzała w stronę okna, za którym pysznił się pensjonat. – Kazik opowiadał mi o tych twoich sąsiadach.

– Jutrzebskich?

– Nie. Co mi po Jutrzebskich? Takich jak oni wielu jest teraz w okolicznych miejscowościach i ani mi oni potrzebni, ani mi wadzą. Mówię o ich gościach. Widział ich dzisiaj, zresztą na pewno o tym wiesz, przecież też tam byłeś. Mówił, że ta mała, to straszna córeczka tatusia, zresztą nie on jeden. Mało gości, a ją… widać. – Ostatnie dodała z wahaniem, jakby czaiło się tam inne słowo, którego jednak wolała nie wypowiadać. Może nie przystoi komuś takiemu jak ona, a może to jeszcze nie był ten etap w ich znajomości, aby sobie na nie pozwoliła. To nie miało znaczenia. – Mała zmora.

– Dziecko.

Rozbawił ją tym stwierdzeniem. Chichocząc podsunęła mu talerzyk. Sam czuł się jak dziecko w szkolnej ławie, co było na swój sposób miłe. Sprawiało, że wszystko wokoło wydawało się bardziej realne i przyjaźniejsze.

– Zmora i tyle, dlatego uważaj na tę małą. Już cię paskudztwo musiało rozpoznać, choć tu u nas rzadko spotyka się takich jak ty, więc może nie wie czym jesteś. Na pewno jednak wie, że nie jesteś człowiekiem i z troski o własne kościste cztery litery może chcieć się ciebie pozbyć. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – mruknęła. – Nawet jeśli takie jak one nie za bardzo są stworzeniami bożymi. To nie ma nic do rzeczy. Ty się masz pilnować i unikać jej jak tylko możesz. Weź sobie do serca to ostrzeżenie.

Zaśmiał się nisko, nieprzyjemnie i z żalem.

– To też tylko powiedzenie. Wiem, że serca już nie masz. Ta twoja wodna panna ci je skradła i schowała gdzieś głęboko na dnie morza.

Jej głos był spokojny, nieco rozbawiony, ale przede wszystkim biła z niego pewność wypowiadanych słów, która Eugeniusza przerażała. Czuł się nagi, gdy zdanie po zdaniu opowiadała jego historię. Bez szczegółów, ale w pełnych zrozumienia ogólnikach pokazywała, że nie jest pierwszym naiwnym, który zakochał się w morzu tylko po to, by dać się usidlić syrenie. Z pewnością był jednak jednym z nielicznych, którzy wrócili z zimnych północnych wód, gdzie wodne panny mieszkały, na południe.

– Musiała się w tobie bardzo zadurzyć, skoro pozwoliła na to i przywędrowała tu za tobą, bo przywędrowała przecież. Inaczej już byś nie żył. Tęsknota by cię zabiła, albo byś pożeglował do niej.

– Ale w góry wrócić nie mogę – odezwał się cicho i nie do końca na temat, ale Kądziełkowa zrozumiała go doskonale.

– Ciesz się, żeś wciąż wśród nas, a nie rozpamiętuj stracone. Bądź mężczyzną, bo teraz to naprawdę żal na ciebie patrzeć. Rok po roku marnujesz się i gdyby to Marzenka widziała, to chyba by się wściekła, a tak to tylko przewracać się może w grobie.

– Babcia-

– Och, jeśli łudzisz się, że nie wiedziała, to mylisz się srodze. Lata całe myślała, żeby ten dom sprzedać i pieniądze rozdzielić między dzieci, ale zrezygnowała jak tylko żeś się zakochał i stracił. Wiedziała, że będziesz potrzebował tego miejsca, choć pewnikiem nie podejrzewała, że zostaniesz tu tak długo. Tu wśród żywych. – Wzruszyła ramionami. – Poza tym o tym naprawdę możemy porozmawiać kiedy indziej. Będziemy mieć jeszcze czas na wspominanie Marzenki, a może i tę twoją wodną pannę kiedyś poznam. Miałabym z taką do pogadania, ale teraz miej się na baczności, póki oni nie wyjadą. Ta zmora jeszcze się nam wszystkim tu ponaprzykrza trochę, a kreatywna jest, to jej trzeba przyznać. Szczęśliwie na nikogo z nas nie poluje, swojego lubego już ma, ale powtórzę to po raz trzeci, żebyś zapamiętał, miej się na baczności. Bo że nie poluje teraz, nie znaczy, że nie zacznie. Znałam ja już takie i wiem jak myślą.

Powiedziała to tak dobitnie, że ilekroć wychodził z domu słyszał jej słowa odbijające się echem pomiędzy jego myślami. Unikał chodzenia do miasta i zamiast tego wybierał się na długie spacery. Chodził do Pobierowa, tam jadł obiad, robił zakupy i wracał. Niekiedy zapędzał się dalej. Nogi niosły go po mokrym piasku, zimne fale obmywały stopy aż po kostki, łasiły się do niego i zachęcały, aby szedł, nie zatrzymywał się, aby zanurzył się bardziej. Opierał się pokusie i maszerował dalej. Paski plecaka wpijały mu się w ramiona, butelki podzwaniały cicho, a wiatr wiał w twarz i gdyby chociaż robił to na tyle skutecznie, aby zmusić Eugeniusza do skupienia się na tu i teraz, na krokach, na plaży i wędrówce, to by mu Eugeniusz podziękował. Ale nie. Wiatr był tylko nieco nieprzyjemny, a myśli mężczyzny pozostawały wolne i chodziły własnymi ścieżkami.

Zmora jak się patrzy. Za dnia klei się do tatusia, a w nocy wykańcza konkurencję. Przecież to widać, że matka ledwo nerwowo daje radę. Niewyspana, roztrzęsiona, wczoraj ponoć jak nakrzyczała na Małą Eli, to aż szyby w oknach dzwoniły, a jedyne czym zawiniła, to zasugerowała, że pucharek lodowy może być dla małej za duży, bo jest w sumie bardziej na dwie osoby.

Musiał sobie doczytać to i owo, aby zrozumieć, co Kądziełkowa miała na myśli. Co za dnia i co w nocy, i choć chciał wsadzić między bajki ludowe podania o zmorach, to nie mógł. Czuł się hipokrytą za każdym razem, kiedy próbował, bo czemu miałby zaprzeczać ich istnieniu? Bo żadnej nigdy nie spotkał i to wiejskie bajdurzenie? Cóż, kradnące serca syreny też były ludowym bajdurzeniem, prawda?

To taka dobrze ułożona pani i wszystko ma takie zaplanowane. Dziś też się będzie działo. Kolejny klozecik czeka na nich w mieście. Skąd je ta zmora bierze, to ja bym chciała wiedzieć, bo skąd główki lalek były, to już się wywiedziałam. Z jednego domu w Rewalu ukradła.

Mówiąc to Kądziełkowa śmiała się dostojnie i wiedźmowato zarazem, ale najważniejsze było, że miała rację. Sam tego nie dowidział, trzymając się swego domu i umykając daleko od Hodowa, ale Miron dbał o jego poinformowanie. A może po prostu ciekawość brała nad nim górę, chciał pogadać, napić się i przede wszystkim zejść z oczu żonie. Więc tak, Eugeniusz wiedział, że stało się, jak powiedziała. Kolejny sedes pojawił się w Hodowie, a w nim znaleziono mocno już nasączonego wodą misia.

Tym razem stał niewinnie koło fotoradaru na wlocie do miasta i być może nikt nie zwróciłby na niego uwagi jeszcze przez jakiś czas, ale Julian i Władek jechali od tamtej strony śmieciarką i zamiast tylko złorzeczyć na nielegalne wyrzucanie śmieci, zatrzymali się zaciekawieni. I znów snuto przypuszczenia, z których nic nie wynikło, poza mało ambitnym artykułem w lokalnej prasie. Nawet piszący go dziennikarz, młody gniewny, nie był w stanie wykrzesać z siebie szalonej teorii, która porwałaby czytelników. Odczytano to jego dzieło wieczorem, dwa dni po odkryciu Juliana i Władka, oczywiście U Witka. Holski zaklął wcale nie cicho i z miejsca znalazł w rzucaniu mięsem sojuszników, nawet jeśli robili to na różną intencję. Oni z obawy o sezon, on w obliczu zagrożenia własnego spokoju – koniec końców ostateczna przyczyna i ostateczny skutek łączyły ich ze sobą.

– Jak to się teraz rozniesie i jakaś większa gazeta chwyci plotkę – złowróżył Miron – to dopiero zacznie się dziać.

– Nie kracz, debilu, lepiej pomyśl co z tym zrobić, bo ciebie to też po kieszeni trzepnie.

– Wiem, kuźwa – fuknął oburzony i zachmurzył się.

Przy ścianie wywiązała się dyskusja o tym, czy skończą na stronie tytułowej któregoś z ogólnokrajowych tabloidów, czy zostanie im to oszczędzone. Ze trzy razy pogrożono sobie nawzajem, że nikt nie ma o kiblach rozpowiadać, bo jeszcze ktoś dwa skoki plotki dalej uzna to za zabawne i wrzuci w Internet, a wtedy to już kaplica. Przy tych słowach Władek spojrzał spode łba na Holskiego i niewypowiedziana groźba zawisła w powietrzu; wszak był obcy, a to stanowiło tylko czubek góry lodowej powodów, dla których mógłby im uprzykrzyć życie.

– Za żonę nie ręczę – mruknął w szklankę stanowczo za cicho, by zostać usłyszanym po drugiej stronie sali.

Nie miał ochoty rozmawiać o żonie, choć był to temat rzeka i Mirosław nawet przed samym sobą nie udawał, że jest inaczej. By wylać z siebie historię swojego życia i zmian w nim, był jeszcze za trzeźwy, a dużo bardziej upić się nie mógł. Danka by mu tego nie wybaczyła, bo jaki dawałby przykład? I co z tego, że poszedł pić… Nie. Poszedł na spacer, by matka mogła pobyć z córką bez męskiego, nierozumiejącego ich, towarzystwa. Że trafił tutaj było tylko tego marną konsekwencją – myślał, że posiedzi na ławce z widokiem na morze, ale zaczęło padać.

– A ona z tych co rozgadują wszystko wszystkim? – Pytanie, zadane z leniwą flegmą w dźwięcznym głosie, niosło ze sobą tylko zaciekawienie. – Julian Fisztar – dopowiedział pospiesznie, siedzący obok mężczyzna, jakby to mogło sprawić, że obgadywanie małżonki nagle stanie się mniej nie na miejscu.

– Nie. Raczej. Przynajmniej nie, gdy chodzi o… porażki – odpowiedział, ale bez przekonania. Ubranie w słowa zachowania Danki nie przychodziło mu łatwo. Z jednej strony schematy, z drugiej nielogiczna przypadkowość; ktoś obcy nie miał prawa tego zrozumieć. Danka powtarzała, że kobiecy mózg działa inaczej niż męski i dlatego nie jest możliwe pełne zrozumienie, więc wszelkie próby są z góry skazane na porażkę. Zatem niespecjalnie się już starał po piętnastu latach małżeństwa. Wyjaśnienie komuś obcemu tych niuansów przerastało go zupełnie. – Raczej będzie pielęgnować urażoną dumę po cichu i nic nikomu nie wspomni, żeby nie uznano, że coś źle zaplanowała – powiedział bardziej do szklanki niż Juliana, ale młody tym się nie przejął.

Pokiwał uczenie głową, uśmiechnął się – Holski wdzięczny był za milczenie i świadomy pędzącego czasu. Należało się zbierać, wracać tam, gdzie jego miejsce, nim najdzie ochota na kolejne piwo w podburzonym gronie, nim rozwiąże się język i powie o trzy słowa za dużo, a wiatr je poniesie. Bez zwracania na siebie większej uwagi wymknął się na zewnątrz, otulił szczelniej wiatrówką i niespiesznie ruszył w stronę pensjonaciku. Co druga paląca się latarnia wyciągała jego cień na szaro-czerwonym chodniku. Okna mijanych domów z rzadka patrzyły na niego pomarańczowym światłem okien, a ludzi nie spotkał w ogóle. Gwar U Witka szybko został za nim i tylko sosny szumiały wściekle do spółki z morzem, a wiatr gnał piasek po ulicy, szarpał wiatrówką i wślizgiwał się za kołnierz. Zasłuchany w niego Holski poczuł się młodszy, wręcz szczeniacko rozmarzony. Na chwilę stał się odkrywcą, przemierzającym opuszczone miasteczko gdzieś hen, hen daleko. Podnosił wysoko nogi, jakby na drodze czyhały na niego pułapki, patrzył uważnie przed siebie w ciemność, lęgnącą się na końcu drogi, gdzie kończyły się uliczne latarnie i nie było już domów. Wyławiał z niej demony z innych krain, potwory z ulubionych gier, a potem jego wzrok padł na dom kapitana. Półszeptem wypowiedziane na balkonie obawy Danki, te podkreślone pełnym strachu o Majkę spojrzeniem, które niekiedy ocierało się o pogardę – dodawało nieme jak mogłeś tego nie zauważyć – wypłynęły na wierzch jego myśli. Przybrały się w stroje z fantastycznych książek i stał się kapitan złym magiem, spoglądającym na maluczkich uważnie, śledzącym każdy ich krok z obawą i mrocznym planem w myślach. Śmiejącym się cicho i paskudnie pod osłoną ciemności, za czernią okien swego domu.

Przez wiatr i szum morza przebił się chichot. Krótki, urywany i wysoki – czar prysł – śmiała się Majka.

Dłużej Mirosław nie mógł wypierać obrazu pensjonatu, który tkwił kilka metrów bliżej niż dom kapitana. Zaśmiał się cicho i pokręcił głową, rozbawiony własną wyobraźnią, a także pewny, że tej wizji nie zapomni. Dopracuje ją w bezsenne noce i kiedyś opowie Majce i bliźniaczkom. Będą zachwycone – nie wątpił. Gdyby wiedział, że Eugeniusz faktycznie niekiedy staje w ciemnym oknie, przy samej jego krawędzi, by pozostać niezauważonym, i przygląda się Danucie Holskiej, to pewnikiem inaczej ułożyłby tę bajkę.

Ciekawość od zawsze była przekleństwem Eugeniusza, inaczej być może nadal mógłby nazywać siebie człowiekiem.

Na myśl o tym zaśmiał się gorzko i spojrzał na morze. Pragnęło go. Szumiało przymilnie i sięgało falami coraz bardziej w głąb lądu, gdy mu umykał. Spoglądał na srebrzące się grzywki fal, uśmiechał półprzytomnie i czuł jak popada w znajome odrętwienie, choć przecież nie tonął.

Gdy huknęło – podskoczył. Wysokie fale łamały się nieopodal niego i wgryzały w plażę z nową siłą. Jedna po drugiej wślizgiwały na brzeg, zalewając go wysoko ponad kostki, choć wiatr wzmógł się dopiero niedawno, ledwie przerzedził deszczowe chmury i morze nie rozhuśtało się jeszcze tak bardzo. A mimo tego, zupełnie jakby nieopodal przemknęła motorówka, fale atakowały zaciekle. Kąsały ląd i zimny dreszcz przeszedł mu po plecach. Odwrócił się ku wydmom, powodowany niezrozumiałym dla siebie przeczuciem.

Majka patrzyła na niego.

Zamrugał.

Majka nie-Majka. Różowo-żółta piżamka była na niej kusa, długie, szczupłe nogi zdawały się nienaturalnie delikatne i wręcz przeźroczyste w blasku księżyca.

– Nie jesteś człowiekiem – odezwała się dziecięcym, przekornym głosem.

– Jestem – zaprzeczył.

Woda obmywała mu stopy, próbowała wciągnąć głębiej i pierwszy raz od dawna chciało mu się śmiać.

– Nie jesteś – powtórzyła z naciskiem i był niemal pewien, że usłyszał również gniew.

– Ty też nie – odparł na granicy chichotu.

– To nie twoja sprawa! – krzyknęła. Jazgot poniósł się plażą, ale morze pożarło go chwilę później. Fale stawały się coraz wyższe, a Eugeniusz cofnął się o krok. – Będziesz milczał – syknęła. –Nie mieszaj się w moje sprawy, bo-

Potężna fala wślizgnęła się na piasek i sięgnęła niemal stóp dziewczynki. Drobne kropelki ochlapały jej łydki i pisnęła, a oczy się jej zaszkliły.

– To nie wasza sprawa! – załkała głośno. – Moja! On jest mój! Trzymajcie się od tego z daleka!

Za plecami usłyszał śmiech – jego syrena, zaborcze babsko, wyśmiewała małą, niedoświadczoną zmorę pożądającą swojego tatusia. Bo to tak właśnie musiało być. Majka-dziewczynka kochała tatusia, mamusię jakoś mniej, więc Majka-zmora robiła co mogła, by się mamusi pozbyć i mieć tatusia tylko dla siebie. To była najlepsza teoria jaką utkał i z nikim się nią nie podzielił. Nawet Kądziełkowej o niej nie powiedział, ale to po trosze dlatego, że bał się sam pójść do niej, zapukać do drzwi i przełamać lody, zacząć coś nowego. Wierzył, że sama przyjdzie, gdy uzna, że powinna. Tak było prościej.

– Bo? – zapytał.

– Pożałujesz! – krzyknęła piskliwie.

– Oho.

Kojarzyła mu się z Anną, jego córką. Boże, jak dawno do niej nie dzwonił! Żyła szczęśliwie z mężem w Norwegii i wysyłała mu kartki. Zachowywali się jakby coś ich poróżniło, ale po prostu nie było im po drodze ostatnimi laty. Ona żyła, on… Spojrzał przez ramię na wodę. Czy jego pani zechciałaby zamieszkać przy norweskich fiordach?

Niespiesznie skierował się ku schodom. Majka krzyczała, ale nie słuchał jej zbyt skupiony na tym, aby zadzwonić do córki zaraz z rana i opowiedzieć jej o wszystkim. Uwierzy lub weźmie go za szaleńca, ale przynajmniej on będzie czuł się fair. Kądziełkowa miała rację. Żył. To było coś przez wielkie c i winien był z tego korzystać. Nie był człowiekiem – co z tego? Majka też nie była. Nie w pełni i jak widać radziła sobie świetnie, więc dlaczego z nim miałoby być inaczej? Dlaczego miałby być wyjątkowy?

Śmiech podchodził mu do gardła, gdy powoli wspinał się po drewnianych stopniach na wydmę, a krzyki Majki goniły go, z trudem przebijając się przez szum rozwścieczonego morza. Jego pani nie zamierzała tak tego zostawić, a on nie mógł nic na to poradzić. Nie miał prawa lub odwagi powiedzieć jej, aby zignorowała niedojrzałą zmorę, dziecko głupie i niewiele rozumiejące ze świata w około. Szkoda było wściekłości białej panny i jej sił na wystraszoną Majkę. Na ludzi zupełnie jego syreny nie rozumiejących. Na małą dziewczynkę uparcie walczącą z matką o uwagę ojca.

Wymizerowana twarz Danuty Holskiej dawała temu doskonały dowód. Patrząc na nią – przygarbioną, osowiałą i wyszarzałą pomimo ciepłego, późnowiosennego dnia – nie mógł nie myśleć o nocnych wydarzeniach. O Majce atakującej go i z piskiem uciekającej przed słoną wodą. O słowach, które szeptały mu fale. Stał nieco na uboczu i patrzył jak Majka uczepiona tatusia ekscytuje się kolejnym kiblem, jakby znajdowała sadystyczną przyjemność w upokarzaniu matki nawet za dnia, gdy była sobą – normalną dziewczynką.

– Mała sadystyczna zmora – Kądziełkowa szeptała obok niego i brzmiała na szczerze ubawioną faktem. – Zbyt szczylowata, aby szkodzić jakoś konkretniej i bawi się jak dziecko. Że takie gówniażątko stało się zmorą, to dziw nad dziwy, a cóż, tak jej było widać pisane, ale metody ma… – Pokręciła głowa rozbawiona.

W myślach Eugeniusz zgodził się z nią. Żadne ludowe bajki takiej zmory chyba nie odnotowały.

– O tempora, o mores – westchnął i roześmiał się.

Odeszli chwilę później przez nikogo niezaczepiani. Kądziełkowa obiecała pomóc mu ogarnąć dom na przyjazd Anny z mężem i czekało ich sporo pracy, a czasu nie mieli zbyt wiele.

 

 

 

I tu się historia kończy.

 

Wrocław, 2014

Na później: epub  mobi

(użyj opcji „zapisz jako”)
oba zrobione mocno chałupniczo, ale w calibre i na kindlu wyglądało ok.

Marša

Rocznik osiemdziesiąty piąty, energetyk z wykształcenia, fotograf i autorka opowiadań z zamiłowania. Koszmarna estetka, czepliwiec niecierpiący upałów. Lubi góry, woli morze, zwłaszcza na morze niż nad morze.

You may also like

To jest Mendi

Mendi nie prowadzi tego bloga, za to potrafi bardzo głośno chrapać. Mendi nie jest pod wrażeniem tego co robi autorka bloga, więc obserwuje ją z kanapy. ;)

Pogłaszcz Kliknij Mendę jak chcesz pooglądać więcej mojego fotospamu na facebooku :D

O mnie w wersji TL;DR

Marša
właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Soren
tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz