Ekspres Polarny Tkt48-18


Fotograficzny rok 2017 czas zacząć i to nie byle jak, bo dzięki Wroclovers wybrałam się zabytkową lokomotywą Tkt48-18 z dopiętymi wagonami z lat 1928-30 w podróż do Kłodzka. Kłodzko, jak Kłodzko – byłam już tam kiedyś i choć mam sentyment i fajnie było wrócić zimową porą, to jednak nie ono sprawiło, że zeskrobałam się o szóstej rano w niedzielę, żeby pędzić autem do Jaworzyny Śląskiej, skąd odjeżdżał nasz ekspres polarny.  

09.2016 – Jastrzębia Góra


Dobrze, to nie są fotki z Jastrzębiej Góry, to był wyjazd do Jastrzębiej Góry, ale że jestem zmotoryzowana i w ogóle, to oczywiście, że woziłam rzyć po wybrzeżu i z samej Jastrzębiej to fotek na lekarstwo. Głównie są okolice Stilo, czyli Mierzeja Sarbska.  

Serce nie sługa oraz niebajka


Zdechło. Wzięło i zdechło. A raczej nie zdechło, tylko pisałam sobie po NaNo dalej, potem pojechałam szlajać się okołoświątecznie i wmawiałam sobie, że oho, z nowym rokiem, to będzie i nowy duch i w ogóle zacznę pisać też na bloga i to z przytupem. Oczywiście plany oparte na nadziejach poszły robić to na zielonym (na białym nie mogły, we Wrocławiu śniegu nadal jest niewiele). I z jednej strony można by coś na siłę, a z drugiej nie o to chodzi. Dlatego dziś niebajka, scenka i strumień świadomości, co się przytrafił. Albo po prostu: akumulator w mózgu się wyczerpał i próbowałam go odpalić na kablach. ;)

NaNoWriMo 2016: zmęczenie materiału


Trzeci tydzień pisania NaNoWriMo za mną. Byłam w kinie na Dr Strange (bo totalnie nie wiedziałam jak ugryźć tekst, więc wsiadłam w auto i pojechałam do kina) i na Nowym Początku (o nim to ja sobie jeszcze gdzieś pogadam, ale nie spodziewajmy się recenzji, a raczej rozkminy dla geeków). Byłam na TweetUpie – to nie brzmi jak wstęp do epickiej opowieści o walce ze słowami, gonieniu kreski i byciu już za połową minimalnego limitu słów.

NaNoWriMo 2016: największy wróg NaNowcy


NaNoWriMo jest trochę jak ten diabeł. Nie taki straszny, jak go zwykli malować. No, przynajmniej nie dla wszystkich, bo temu diabłu, to w sumie każdy sam domalowuje facjatę. Największym wrogiem autora w czasie NaNo jest on sam. Bo rodzinę i znajomych, to jeszcze się jakoś ułoży. Wyjaśni się im jak cholernie ważne jest, aby skupić się przez te 30 dni na pisaniu. Że to wyzwanie rzucone samemu sobie, potrzeba sprawdzenia się. Można też użyć określenia: muszę wyrzygać tę historię z głowy, bo primo zwariuję, secundo mam mądrzejsze rzeczy do pisania, ale to się przyczepiło myśli jak gówno okrętu i woła płyniemy - ale ktoś, kto nie pisze, może nie do końca zrozumieć dramatyzm tego stwierdzenia. Tymczasem o stawianiu sobie wyzwań, doskonaleniu się itd. pitolą wszyscy i wszędzie, więc jest to znakomita kryjodupka. I tak oto z wrogów zachłystu grafomańskiego na placu boju pozostaje ten jeden, najgorszy: sam autor. Bo...

Dobre duszki: ghost-writing od dupy strony


Dziś będzie na fali zdumionego wkurzenia i wrodzonej perfidii. Rzecz jest taka, że parkuję sobie przy Wyższej Szkole Bankowej, bo to tuż obok mojej firmy. Nijak to się na nic nie przekładało w ostatnich latach, ale w środę wyciągnęłam zza wycieraczki ulotkę zdecydowanie nie skierowaną do kogoś, kto już swojego magistra inżyniera wyrwał z trzewi systemu edukacji. Zaczynało się toto od "Musisz napisać pracę?", a dalej była lista: zaliczeniową, licencjacką, inżynierską, dyplomową, a może pracę magisterską? I może olałabym rzecz siurem prostym i wywaliła, ale utknęłam nieco w korkach na mieście i miałam aż nadto czasu, aby przeczytać wszystko, co na ulotce napisano i do prostytutki biedy mnie to wkurzyło.

To pies, to samolot… Nie! to komiks


Kto zagląda na mój fanpejdż albo na mojego twittera mógł potknąć się o wpisy związane z moim i Mileny (Smiley Project – tu też wpis, który koncentruje się bardziej na graficznej stronie procesu powstawania Cloud °9) projektem na konkurs na Międzynarodowy Festiwal Gier i Komiksu w Łodzi, który to odbył się na początku października. Konkurs wymagał stworzenia komiksu o objętości do ośmiu stron, który to limit brzmi miło i puchato, ale taki nie jest.

No to znów jesteśmy książkowo w Helsinkach


No to wracamy do Helsinek. Znaczy ja wracam i ciągnę Was za sobą, bo samemu to nudno. Trzeci tom serii “ale dlaczego ja to cięgle kupuję” o Karim Vaarze  –  fińskim policjancie (stopień i lokalizacja mu się zmieniają, więc pozostańmy przy ogólnikach), mierzącym się z przestępczością w krótkie dni, długie noce i wśród śniegów kraju o jednym z dziwniejszych języków w Europie (w związku z czym nie jestem w stanie makaronizować po ichniemu, z drugiej strony mają tam dwa języki urzędowe ...). Zatem oto Biel Helsinek.

Bałtyk nasz rodzimy – szum morza


Zwykle z wyjazdów wrzucam zdjęcia i z wrześniowego pobytu w Jastrzębiej Górze też będą zdjęcia, ale jeszcze nie dziś. Nie dziś, bo pogoda, bo przygotowania do kolejnego wyjazdu, bo jak to ja, dwie trzecie roku na rzyci siedzę i nagle na jesieni zaczynam się włóczyć (bo pogoda bardziej me gusta ;)). Dziś dzielę się czymś zupełnie innym. Nie dumanką o miejscu, nie fotkami. Nope! Dziś mam dla was szum morza i to nie byle jakiego morza, a naszego Bałtyku! :)

Ścieżka w obłokach


Na szybko i prosto do celu, bo się między piątkiem a poniedziałkiem odmieniła prognoza na przyszły weekend i kto wie, może to ostatni taki ładny weekend jaki nas czeka. A jeśli tak, to może kogoś zainteresuje opcja szybkiego wypadu do kraju knedlika i dobrego piwa. Konkretnie żabim skokiem tuż za granicę, gdzie znajduje się ścieżka w obłokach. Miejsce, które odkryłam na działowej integracji w czerwcu i wstyd przyznać, że siedziałam na zdjęciach i zbierałam się za wpis tak długo. Lato, to upały, a w upały moja organizacja i zborność myśli są pożałowania godne.